ARENA DI VERONA - Tu się nie myśli, tu się śpiewa

Arena di Verona

Czasem trudno w to uwierzyć, ale dziwne tytuły moich postów zawsze podpowiada mi życie. Nie inaczej było w Weronie, do której przyjechaliśmy głównie ze względu na jeden z najsłynniejszych na świecie letnich festiwali operowych. Już pierwszego dnia, przy porannej kawie na balkonie naszego apartamentu, moją uwagę przykuła wisząca na ścianie tabliczka z napisem, który stał się dla mnie źródłem inspiracji: "Tu życie nie jest prawdziwe, jest jak dzieło sztuki, tu się nie myśli, tu się śpiewa". Jak się okazało, słowa te wypowiedział Maxim Gorki na widok Capri, ja zaś na widok amfiteatru w Weronie.


W Weronie mieliśmy być już dwa lata wcześniej, a koncert na Arena di Verona miał być prezentem na bardzo okrągłe urodziny Działu Technicznego. Długie oczekiwanie na to wydarzenie tylko podkręciło nasze apetyty. W miarę jak przeglądałam informacje na temat miasta, wiedziałam, że o szybkim wypadzie nie ma mowy, i że spędzimy tu przynajmniej kilka dni. Nie pomyliłam się. Werona, urzekła nas całkowicie. To kwintesencja włoskości: wielka miłość, piękna architektura, wspaniała muzyka, rewelacyjna kuchnia. O tym jak zakochałam się w tym mieście, przeczytać możecie 🔍 tutaj.


Sama Arena di Verona to trzeci co do wielkości teatr rzymski we Włoszech po koloseum w Rzymie i amfiteatrze w Kapui pod Neapolem. Dokładna data powstania do dziś nie została ustalona. Szacuje się, że najprawdopodobniej zbudowano ją w pierwszych dziesięcioleciach I w n.e. za panowania cesarza Augusta. Oznacza to, że może być o kilkadziesiąt lat starsza od rzymskiego Koloseum, które powstało dopiero w latach siedemdziesiątych tego samego wieku!


Patrząc na majestatyczny budynek Areny dumnie prezentujący się przy centralnym placu miasta, Piazza Brà, trudno nam wyobrazić sobie, że początkowo amfiteatr znajdował się poza obrębem miasta. Nie ma się jednak co dziwić. Służył przecież głównie jako miejsce walk gladiatorów. Hałas, a przede wszystkim okropny smród zabitych zwierząt, krwi i odchodów sprawiał, że takie miejsca budowano zwykle poza centrum. Dopiero 200 lat później, z obawy przed atakami barbarzyńców, cesarz Galien postanowił otoczyć Arenę murem i tym samym przyłączyć do miasta.


Amfiteatr należy do jednych z najlepiej zachowanych tego typu zabytków we Włoszech. Struktura nośna wykonana została z betonu i kamieni, natomiast zewnętrzną stronę murów wyłożono cegłą i miejscowym różowym i białym wapieniem zwanym marmurem z Werony. Wewnętrzny, dwukondygnacyjny pierścień zachował się do dziś. Górną część zewnętrznego pierścienia zaczęto już częściowo wyburzać prawdopodobnie za czasów cesarza Galiena, ze względu na ogromne zapotrzebowanie na materiał do budowy murów obronnych. Pewne jest jednak tylko to, że w 1117 roku w wyniku potężnego trzęsienia ziemi zewnętrzny pierścień uległ niemal całkowitemu zniszczeniu. Ocalały jedynie cztery arkady (tzw. "ala", czyli skrzydło), które możemy podziwiać do dziś przy głównym wejściu do amfiteatru.


W średniowieczu Arena stała się miejscem niepopularnym. Opustoszały, zniszczony budynek służył jako noclegownia dla żebraków i prostytutek, więzienie, miejsce kaźni i publicznych egzekucji. Resztki zewnętrznego pierścienia wykorzystywano jako budulec. Ponoć do dziś archeolodzy natrafiają na cenne elementy wbudowane w mury niektórych werońskich domów.
I dopiero w XV wieku, na fali renesansowego powrotu do Antyku, władze miasta postanowiły uporządkować teren wokół Areny i odrestaurować zabytek. Podjęte wtedy działania, uratowały zrujnowaną budowlę, a efekt ówczesnych prac podziwiać możemy do dzisiaj.

Z obecnym kształtem Areny związana jest legenda, zgodnie z którą pewien skazany na śmierć więzień szlachetnego urodzenia, zaproponował władzom miasta, że w jedną noc wybuduje amfiteatr, w zamian za ułaskawienie. W tym celu podpisał pakt z diabłem, który wraz z innymi demonami miał mu w tym pomóc. Nad ranem jednak nieszczęsny więzień opanowany wyrzutami sumienia w żarliwej modlitwie wezwał na pomoc Matkę Boską. Ta ulitowała się nad nim i wcześniej niż zwykle w mieście odezwały się dzwony na Anioł Pański. Wystraszone demony uciekły, pozostawiając niedokończoną budowlę.  


Nawet jeśli nie jesteście fanami opery, zachęcam do zobaczenia Areny od środka. 30 minutowe zwiedzanie możliwe jest codziennie. Bilet kosztuje około 10 euro, chyba, że będziecie w Weronie w pierwszą niedzielę miesiąca, wtedy za wejście na teren obiektu zapłacicie jedynie symboliczne 1 euro.

Od października do marca Arenę podziwiać można w wersji "sauté" bez instalacji scenicznych i niezliczonej ilości krzeseł. Wtedy na pewno atmosfera jest zupełnie inna, od festiwalowego gwaru, który był naszym udziałem.

W jakimkolwiek jednak momencie będzie Wam dane być w tym miejscu, dopiero kiedy stajemy na trybunach mających ponad dwa tysiące lat, uświadamiamy sobie ogrom tego miejsca. Eliptyczny amfiteatr zaprojektowano tak, by pomieścił trzydzieści tysięcy widzów. Pośrodku znajdowala się scena pokryta piaskiem, który miał absorbowac lejącą się w czasie walk krew. To właśnie od łacińskiej nazwy piasku - "harena" pochodzi nazwa Arena.  

Dziś scena znajduje się w głębi, naprzeciwko głównego wejścia, a część trybun za sceną jest wyłączona z użytku, co sprawia, że amfiteatr może pomieścić między jedynie piętnaście a dwadziescia tysiecy widzów. Mimo to Arena di Verona pozostaje największym na świecie teatrem operowym na otwartym powietrzu.


Historia samego festiwalu operowego w Weronie sięga roku 1913. Plotka głosi, że niezwykle akustyczne możliwości Areny odkrył przez przypadek słynny tenor Giovanni Zenatello, kiedy to przyjaciele, poprosili o zaśpiewanie kilku arii na środku amfiteatru. Nie jest to prawda, bo wiadomo, że spektakle odbywały się tu już wcześniej. Niewątpliwie jednak to Zenatello był motorem powstania pierwszego pełnego spektaklu operowego na deskach Areny.

Zdecydowano, że to monumentalna "Aida" będzie spektaklem, który najlepiej wybrzmi w olbrzymiej przestrzeni Areny i uczci stulecie urodzin swojego twórcy, Giuseppe Verdiego, uważanego we Włoszech za boga opery. Jak łatwo się domyśleć spektakl okazał się sukcesem, a Aida do dziś jest najczęściej granym na tutejszej scenie przedstawieniem.


Nie licząc okresów obu wojen festiwal operowy przetrwał praktycznie nieprzerwanie do czasów współczesnych. Ważnym wydarzeniem w historii festiwalu był rok 1947, gdy na deskach Areny pojawiła się młodziutka Maria Callas. Tabliczka na domu przy via Leoncino 14, gdzie przez pięć lat mieszkała z mężem Giovannim Battistą Meneghinim, pokazuje jaką czcią obdarza się tu Callas: Śpiewaczka operowa może i ma korzenie grecko - amerykańskie, ale według mieszkańców miasta dla sztuki narodziła się właśnie w Weronie.


Można by długo wymieniać występy sław i spektakle, których świadkiem były przez lata antyczne mury amfiteatru. Oprócz gigantów sceny operowej jak Luciano Pavarotti, czy Placido Domingo, swoje koncerty miały tu również inne gwiazdy muzyki światowego formatu: Ennio Morricone, Sting, Bob Dylan, Deep Purple, Black Sabbath i mój ukochany Pink Floyd. Arena przyciąga swoją niezwykłą atmosferą również świat sportu. Tutaj wielokrotnie kończyła się kolarska trasa Giro d'Italia, odbywają spektakularne pokazy jazdy figurowej na lodzie, a na 2026 rok planowana jest ceremonia zamknięcia XXV Zimowych Igrzysk Olimpijskich.


Jak można się domyślić z powyższego zdjęcia my, w ramach letniego festiwalu operowego, mieliśmy szczęście oglądać operę Giuseppe Verdiego "Nabucco". To szczególne dzieło dla Włochów, a "Va, pensiero" (Leć, myśli) chór hebrajskich niewolników z III aktu, to jeden najpiękniejszych utworów operowych i nieoficjalny hymn Italii. Niemal za każdym razem jego wykonywanie, wywołuje emocjonalną reakcję Włochów. Historycznie bowiem ta właśnie pieśń inspirowała ruchy narodowowyzwoleńcze i przyczyniła się do zjednoczenia Włoch w 1861 roku. Dziś paradoksalnie niestety, wybrana w latach dziewięćdziesiątych na hymn Ligi Północnej, mocno prawicowej partii z tendencjami separatystycznymi, raczej dzieli niż łączy. A szkoda…

Odkładając jednak na bok wszelkie polityczne dywagacje i skupiając się na sztuce, muszę Wam powiedzieć, że moment kiedy w Arena di Verona rozległy się pierwsze takty "Va, pensiero" po plecach przeszły mi ciarki. Na widowni ludzie w emocjach chwytali się za ręce, a po zakończeniu żywa reakcja tłumu sprawiła, że pieśń w trakcie spektaklu zaśpiewano jeszcze raz. Był to dla mnie szok, bo wprawdzie spodziewałam się bisu, ale raczej na koniec spektaklu. Ta chwila zostanie we mnie na zawsze: starożytne mury, wzniosła muzyka, tłum wzruszonych ludzi i niemal pełny księżyc nad naszymi głowami.



Przerwę w spektaklu wykorzystaliśmy na poszwendanie się pośród antycznych murów amfiteatru. Mieliśmy pół godziny, aby wypić drinka i poczytać na temat historii festiwalu, ale również o tym jak przebiegają prace związane z restauracją budowli i zabezpieczeniem przed wstrząsami. I nie chodzi tylko o ruchy sejsmiczne, ale również degradację obiektu w wyniku prowadzonej w niej działalności. Nie należy zapominać, że wibracje dźwiękowe też mogą powodować naruszenie konstrukcji obiektu, a biblijna historia o murach Jerycha nie jest tak do końca wyssana z palca 😊.



Wrażenia po koncercie sprawiły, że długo nie mogliśmy ochłonąć. Ciężko nawet znaleźć słowa, by wyrazić, co wtedy czuliśmy. Jedno wiem na pewno - dla takich chwil żyjemy i podróżujemy. A kiedy słów brak, by ubrać w nie szczęście, można zawsze wziąć się za ręce i pójść na spacer rozświetlonymi ulicami Werony 😇.


Ten post nie jest reklamą, a wyłącznie moją osobistą rekomendacją.

Komentarze

Obserwuj Instagram!