EUSKADI - TOP 10 zachwytów w Kraju (Bo)basków


O odwiedzinach Kraju Basków marzyłam od wielu lat. Wszystko zaczęło się od niezwykłej przyjaźni z francuskim Baskończykiem, kiedy byłam jeszcze młodą siksą pracującą na kontrakcie w Normandii, a skończyło pielgrzymkami do krakowskiej restauracji Euskadi, która z każdą wizytą rozpalała moją wyobraźnię, nie tylko tę kulinarną. Wiedziałam, że moment spełnienia jest bliski, potrzebowałam tylko dogodnych okoliczności.


Jedyną przeszkodą była dla mnie podróż. Zbyt długa i zbyt droga jak na moje możliwości. Dlatego, kiedy zobaczyłam w internetach bezpośredni lot z Krakowa do Bilbao za mniej niż 600 zł, nie wahałam się ani chwili. Z perspektywy czasu mogę śmiało powiedzieć, że dwa tygodnie spędzone w Euskadi pieszczotliwie nazywanym przeze mnie Krajem Bo(basków) to były wakacje życia, a moje zachwyty spisane poniżej, to tylko namiastka szczęścia, jakie stało się moim udziałem i może być też Waszym, jeśli wpiszecie tę destynację na swoją bucket list. 


1. San Juan de Gaztelugatxe


Ikoniczne miejsce i nazwa, na której można połamać sobie język. “Zamek na skale” to tak naprawdę rekonstrukcja kaplicy pod wezwaniem Jana Chrzciciela wybudowanej tu przez Zakon Templariuszy prawdopodobnie w okolicach X wieku, a którą w 1978 roku doszczętnie strawił pożar. Miejsce owiane legendą, a raczej legendami. Wielu wierzy, że Jan Chrzciciel osobiście stąpał po 237 kamiennych schodach łączących wyspę z lądem. Inne podania idą nawet dalej i twierdzą, że niczym heros wskoczył na skałę trzema susami. Namierzono nawet ślady jego stóp mających potwierdzić ten wyczyn.


Samo wejście na szczyt, choć męczące, ma ponoć mieć moc uzdrawiającą. Szczególnie polecane kobietom, które cierpią na niepłodność i migreny. Tego drugiego potwierdzić nie mogę, bo łeb dalej czasem daje popalić, ale jest duża szansa, że dzieci faktycznie już mieć nie będę 😜. Opłynięcie wyspy ma dawać obfity połów miejscowym rybakom, a pociągnięcie za sznur kościelnego dzwonu, szczęście i spełnienie marzeń. 


Dla mnie spełnieniem marzeń był sam pobyt w tym niezwykłym miejscu. Kaplica zamknięta na cztery spusty, nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Za to przyroda dookoła wyspy dosłownie oszołomiła swoim pięknem. Deszczowa aura, tak naturalna w tej części Hiszpanii, wzmocniła dodatkowo efekt tajemniczości i magii. Przez chwilę poczułam się jak bohaterka “Gry o tron”, w której San Juan de Gaztelugatxe zagrało Smoczą Twierdzę, zyskując w 2017 roku międzynarodową sławę.





2. Bilbao (Bilbo)


Mówisz Bilbao, myślisz Guggenheim. To miasto jest kolejnym miejscem w Kraju Basków, które zyskało światowy rozgłos. Wystarczyło wybudować sobie odjechane w kosmos muzeum, by ciekawscy z całego świata zapragnęli tu być. Reszta potoczyła się sama, bo otwarte w 1997 roku muzeum to jedynie wabik, dzięki któremu miasto może zaprezentować cały wachlarz swoich możliwości. Potwierdzam, to jedno z najciekawszych miast jakie ostatnio odwiedziłam i w którym naprawdę nie można się nudzić.


Bilbao otrzymało prawa miejskie dokładnie w 1300 roku, zaskoczyło mnie zatem pięknie utrzymaną, średniowieczną starówką, w centrum której znajduje się strzelista katedra św. Jakuba. Nazwa nieprzypadkowa, bo tuż obok świątyni przebiega słynny szlak wiodący śladami apostoła aż do jego grobu w Santiago de Compostela. Charakterystyczną muszelkę znajdziecie za kościołem po prawej stronie od głównego wejścia.


Stolica regionu Biskaja to od XIX wieku przede wszystkim jednak ogromny ośrodek przemysłowy. Stocznie i huty żelaza to te elementy, z których wykute jest serce miasta. Widać to na każdym kroku w architekturze, która genialnie łączy stare z nowym i olbrzymiej ilości miejskich rzeźb i instalacji. Tych ostatnich jest tak wiele, że ma się wrażenie spacerowania po muzeum na świeżym powietrzu. 


Nie samą sztuką człowiek jednak żyje, nawet w Bilbao, i nikt nie wie tego lepiej niż Baskowie. Nie zdziwcie się zatem, że zaraz po pelocie, ulubionym sportem tego kraju jest “poteo”, czyli kulinarny maraton po lokalnych knajpach. Taki wieczorny baraton to obowiązkowy punkt programu. A jest w czym wybierać od klasycznych pintxos po popularną w całej Hiszpanii tortillę z ziemniakami, rozpływające się w ustach croquetas czy cudowne ryby i owoce morza popijane winem, txakoli, piwem albo cydrem. Jedyna zasada to nie ograniczać się 😜.






3. Gexto i Portugalete


Do Portugalete trzeba pojechać z dwóch powodów. Po pierwsze, żeby przejechać się do sąsiedniego Getxo gondolą podwieszoną pod najstarszym mostem promowym na świecie. Most Biskajski działający od 1893 roku zaprojektował uczeń i przyjaciel słynnego Gustawa Eiffla - Alberto Palacio. Od tamtej pory nieprzerwanie przewozi między tymi dwoma nadmorskimi miasteczkami około 600 tysięcy mieszkańców i turystów rocznie. Przyjemność trwa jakieś półtorej minuty, ale naprawdę warto. Osoby bez lęku wysokości mogą dodatkowo wspiąć się na kładkę widokową i z wysokości ponad 60 metrów podziwiać okolicę. Bilety kupicie po stronie Getxo, a aktualny cennik znajdziecie tutaj.


Mimo że oba miasteczka mają swój urok, to jednak średniowieczne uliczki Portugalete wydały mi się bardziej klimatyczne. Dodatkowym atutem i drugim powodem, dla którego przez cały pobyt w Bilbao myślałam o powrocie w te strony, są względy kulinarne. Jak to zwykle bywa, totalnym przypadkiem, odkryłyśmy w Portugalete prawdziwą perełkę, pyszną i niedrogą, gdzie zjadłam najlepszego dorsza al pil pil ever. Początkowo nie miałam pojęcia, gdzie trafiłyśmy, chociaż zielono - biało - czerwona baskijska flaga w szyldzie baru, powinna była dać mi do myślenia. Jak się okazało Batzoki Alde Zaharra to jedna z wielu wciąż działających w regionie tawern z regionalnym jedzeniem, ale także... miejsce spotkań Nacjonalistycznej Partii Basków. Brzmi groźnie i trochę słusznie, bo to z tej partii wyrosła terrorystyczna organizacja ETA odpowiedzialna za przemoc i zamachy, które do dziś budzą u wielu negatywne skojarzenia. 


Patrząc jednak szerzej, warto pamiętać, że twórca partii Sabino Arana, któremu nie bez racji zarzuca się radykalizm, klerykalizm, skrajny rasizm i ksenofobię, jest zarazem ojcem nie tylko batzoków, czyli miejsc spotkań towarzyskich, gdzie polityczne narady toczyły się przy suto zastawionym stole, ale także baskijskiej flagi (Ikurriñy) a nade wszystko wielu neologizmów, które dziś są ważną częścią języka Basków - Euskary - łącznie z obecną, oficjalną nazwą kraju Euskadi. 


Próbowałam trochę pogadać z ludźmi, jak to jest teraz z tym baskijskim nacjonalizmem. Usłyszałam, że Partia EAJ - PNV od zawsze walczyla o autonomię kraju metodami czysto politycznymi, a z ETA od początku była w konflikcie. Kilku jej członków zostało zresztą zamordowanych przez terrorystów, a Arana pod koniec życia wycofał się ponoć ze swoich skrajnych poglądów. 


Dziś większość Basków ma podejście racjonalne. Fajnie byłoby być niezależnym od Madrytu, ale nie za cenę wyjścia z Unii Europejskiej. Ludziom w Euskadi żyje się dobrze, dużo lepiej niż w innych częściach Hiszpanii i to jest najważniejsze. Na pytanie o ETA część osób zmieniała temat rozmowy. Mam wrażenie, że sprawa ciągle budzi kontrowersje. Jeśli chcecie sami dowiedzieć się czegoś więcej, polecam książkę Katarzyny Mirgos “Gure. Historie z Kraju Basków”.




4. San Sebastian (Donostia)


San Sebastian to wielki świat. Kiedy stajecie na platformie widokowej Monte Igueldo i patrzycie na zawijającą się w kształt muszli Playa de la Concha, czujecie się jak na Lazurowym Wybrzeżu, a nie nad zimną i złowrogą Zatoką Biskajską. Szczególnie kiedy macie szczęście do pięknej pogody co, jak wiadomo, w Kraju Basków nie jest rzeczą oczywistą. O ile większość hiszpańskich miast może się pochwalić tym, że ma ponad 300 dni słonecznych w roku, to w San Sebastian zwykle będzie na odwrót. Ale to właśnie łagodny klimat i urok nadmorskiej miejscowości sprawił, że pod koniec XIX wieku Donostia stała się ulubionym kurortem hiszpańskiej królowej Marii Christiny, która w swoim pałacyku Miramar mogła odetchnąć od madryckich upałów.


Za królową zjechała się cała hiszpańska arystokracja i francuscy kucharze z równie popularnego wśród bogaczy pobliskiego Biarritz, o którym jeszcze będzie mowa. W ten oto sposób miasto zyskało dwie rzeczy: piękną architekturę i doskonałą kuchnię. Lokalna gastronomia i atrakcje zasługują na osobny wpis. W tym zestawieniu jedynie liznę, albo lepiej napisać gryznę, tematu. Trzeba wiedzieć, że San Sebastian może poszczycić się największym zagęszczeniem gwiazdkowych restauracji na jednego mieszkańca, a ilość barów i restauracji wprawia w nie lekki zawrót głowy.


Jak poruszać się w tym kulinarnym labiryncie, żeby nie zwariować? Ja zdałam się na własną intuicję. Z rekomendacji internetowych udałam się jedynie do La Cuchara de San Telmo, gdzie na stojaka w towarzystwie facetów w czarnych beretach i mojej wegetariańskiej psiapsi zjadłam wyśmienite faszerowane świńskie ucho. Potem był absolutnie randomowy baraton i orgazm jak u Meg Ryan po wciągnięciu musu z foie gras z serem pleśniowym karmelizowaną cebulą i konfiturą morelową. Bo kto powiedział, że pintxos to tylko bagietka i proste dodatki? Na koniec ominęłam szerokim łukiem długaśną kolejkę do słynnej cukierni La Viña, gdzie wszyscy chcą spróbować tego najstarszego, oryginalnego sernika baskijskiego. Zdradzę Wam sekret, na przeciwko serniczek smakuje równie wyśmienicie. I naprawdę szkoda kombinować, bo San Sebastian kulinarnie na pewno Was nie zawiedzie, cokolwiek wybierzecie. 






5. Vitoria-Gasteiz


O ile San Sebastian nazywane jest, i słusznie, kulinarną stolicą kraju, tak prawdziwa stolica wspólnoty autonimicznej niesłusznie pomijana jest przez coraz liczniej odwiedzających Baskonię turystów. My odwiedzamy Vitorię-Gasteiz przy okazji wycieczki do regionu Rioja i absolutnie nie żałujemy naszej decyzji.


Vitoria to niewielkie, ale naprawdę śliczne miasto z ładnie zachowaną średniowieczną starówką i zjawiskową katedrą Santa Maria. Wielu Basków uważa je za najprzyjemniejsze miejsce do życia, ze względu na relatywnie płaski teren, gdzie niemal wszyscy poruszają się na rowerze, mnóstwo zieleni i najwięcej dni słonecznych w roku w całym regionie. Do tego mieszkańcy stolicy uważają, że to u nich zjemy najlepsze pintxos w całym kraju!


Tego ostatniego nie sprawdziłam, ale miasteczko polecam gorąco. Szczególnie warto wybrać się tu na początku sierpnia. To wtedy przez prawie tydzień obchodzone są Fiestas de la Virgen Blanca, które rozpoczyna spadający z nieba na parasolu lokalny bohater Celedón. Po wylądowaniu manekina jego rolę przejmuje prawdziwa postać, która kontynuuje show. Każdy chce dotknąć kapelusza biegającego po głównym placu miasta Celedóna, bo to ponoć przynosi szczęście. Komu się nie uda, ten wypala jedno z 20 000 cygar lub wypija jedną z 30 000 butelek otwieranej z tej okazji hiszpańskiej cavy (oficjalne dane z obchodów w 2026 roku) i też jest zadowolony 😜. Jak widać nawet niepozorne miejsca w Kraju Basków potrafią zaskoczyć. 





6. Rioja


Ten najsłynniejszy region winiarski w Hiszpanii zna chyba każdy, ale niewiele osób kojarzy go z Krajem Basków. Okazuje się jednak, że Rioja, rozumiana jako obszar uprawy wina, leży de facto na terenie trzech autonomicznych prowincji Hiszpanii: La Rioja, Navarry i Kraju Basków. Baskijska część nazywa się dokładnie Rioja-Alavesa, a jego stolicą jest malownicze miasteczko Laguardia. Samochód zostawiamy poza murami, bo ruch kołowy jest tu zabroniony ze względu na znajdujące się pod ziemią calados, czyli piwnice na wino. Okazuje się, że skała na której zbudowane jest miasteczko jest dosłownie podziurawiona takimi winnymi jaskiniami. Polecam odwiedzić jedną z nich. Bodega El Fabulista znajduje się w XVII wiecznym pałacu hiszpańskiego bajkopisarza Félixa Maríi de Samaniego, a jej calados ukryte są aż 7 metrów pod ziemią. Oprowadzanie to prawdziwy, bajeczny spektakl. Dwa kilometry od Laguardii znajduje się również ciekawa winnica Ysios, której pofalowaną strukturę zaprojektował słynny hiszpański architekt Santiago Calatrava.


My odwiedzamy inną, bardzo tradycyjną winnicę w miasteczku San Asensio. Bodega Lecea to niewielki rodzinny biznes, w który bawi się już czwarte pokolenie winiarzy. Tutaj od początku do końca wszystko robi się tradycyjnie. Ugniata moszcz stopami, przelewa do kadzi, przechowuje w beczkach na dnie jaskiń. Zwiedzanie to mały challenge, bo przestrzenie są ciasne, a my od początku jesteśmy lekko zalkoholizowani. Wina nam tu nie żałują, przeprowadzając przez wszystkie etapy jego dojrzewania. Na początek wjeżdża dwuletnia Crianza, następnie starsza o rok Reserva, aż w końcu pięcioletnia Gran Reserva. Degustację kontynuujemy w butiku degustacyjnym, gdzie dodatkowo zabieramy ze sobą butelkę wina i czekoladę o smaku Rioja.


W regionie jest ponad 200 winnic, które można zwiedzać, więc naprawdę jest w czym wybierać. Prawdziwymi potentatami są jednak takie firmy jak Campo Viejo, Bodega Alta czy uznana przez World's Best Vineyards za najlepszą winnicę świata w 2024 roku winnica Marqués de Riscal. Do tej ostatnie wstępujemy na… kawę. Tak, tę zwykłą czarną, ale w niezwykłej scenerii kawiarni luksusowego hotelu zaprojektowanego pośrodku winnic przez samego Franka Gehrego. Architekta, który stworzył projekt Muzeum Guggenheima w Bilbao. Tym miłym akcentem znów wracamy do Kraju Basków.





7. Guernika


To moje największe zaskoczenie całego baskijskiego wyjazdu. Przyznam, że nie doceniłam dostatecznie tego miejsca i zaplanowałam w nim tylko krótki pobyt “przy okazji” innych atrakcji. Nie popełniajcie mojego błędu. Guernika jest warta całego dnia zwiedzania i odpowiedniego przygotowania.


Spodziewałam się raczej niepozornego miasteczka gdzieś na baskijskiej prowincji, a odkryłam prawdziwą perełkę. Choć Guernika znalazła się na ustach całego świata dopiero w 1937 roku z powodu niszczycielskiego nalotu dywanowego wojsk niemieckich wspierających generała Franco w trwającej w Hiszpanii wojnie domowej, miejsce to ma potężne symboliczne znaczenie dla całego narodu baskijskiego. Wiedzieli o tym dobrze frankiści i dlatego właśnie Guernikę wybrali na swój cel i w jedno popołudnie postanowili zrównać z ziemią 70 procent bezbronnego miasteczka. To był poniedziałek, 26 kwietnia, wiosna, dzień targowy, radość i nagła, niespodziewana masakra.


Co takiego niezwykłego było w Guernice, że postanowiono od niej rozpocząć zdobycie Kraju Basków? Okazuje się, że to od wieków duchowa stolica Euskadi i święte miasto Basków. A wszystko to z powodu drzewa. Dąb z Guerniki co najmniej od XIV wieku jest najważniejszym symbolem narodowej tożsamości tego narodu. To pod nim naradzali się kolejni przywódcy regionu Biskaja, to pod nim królowie hiszpańscy przysięgali szanować fueros, czyli tradycyjne, lokalne prawa i wolności Basków, to pod nim do dziś każdy prezydent Euskadi składa uroczyste ślubowanie rozpoczynające się od słów “Stojąc na baskijskiej ziemi…”.


Od średniowiecza dębów zasadzono już sześć. Każdy jednak wyrastał z poprzedniego, a na wszelki wypadek w całym kraju i za granicą też sadzi się dęby córki z żołędzi świętego dębu z Guerniki. W Polsce oryginalny Dąb Wolności z Kraju Basków zasadzono w 2017 w Oświęcimiu jako pierwszy, symboliczny element Alei Drzew Pamięci w Parku Zasole.


Dąb główny znajduje się na terenie tradycyjnego baskijskiego domu zgromadzeń Casa de Juntas. Kompleks można zwiedzic za darmo, ale wymagana jest rezerwacja, bo na każdą godzinę wpuszczane jest tylko 35 osób.


Bez żadnych ograniczeń podziwiać można za to replikę słynnego obrazu Picassa, który specyficzny dla siebie sposób próbował przedstawić masakrę bombarfowania. Muszę przyznać, że to akurat wyszło mu doskonale. Pokrzywiony kubizm i to jeszcze w czarno-białej wersji robi piorunujące wrażenie. Oryginał dzieła znajdziecie w Madrycie, choć podpis pod repliką jasno wskazuje, że Baskowie chcieliby, aby obraz znalazł się kiedyś w Guernice.  


Patrząc na mural, mój wzrok przykuł jeden mały szczegół. Co robi tam, u licha, ten mały kolorowy ptaszek? Przypadek, nie sądzę, choć nikt na miejscu nie umiał mi wytłumaczyć, o co chodzi. No więc uprzejmie donoszę, że ten ornitologiczny okaz to współczesna odpowiedź na symbolikę obrazu Picassa. Podobne porozrywane kształty, ale tym razem w radosnych barwach mają symbolizować współczesną duszę Baska, której głównymi elementami jest radość, wolność i niezależność. Takie ptaszki przypina się do klapy marynarki, nosi na berecie, przykleja w różnych miejscach, szczególnie wiosną, szczególnie w kwietniu, szczególnie dwudziestego szóstego.





8. Bermeo, Mundaka


Guernica właściwie rozpoczyna nasz rajd po małych, malowniczych miasteczkach, których mnóstwo rozsianych jest po całym regionie. Możecie udać się w głąb lądu, w góry lub, tak jak my, tropić małe rybackie osady wzdłuż wybrzeża. Bermeo i Mundakę warto połączyć ze zwiedzaniem San Juan de Gastelugatxe, bo te miejscowości znajdują się blisko siebie w odległości zaledwie kilku kilometrów.


Bermeo to jedno najstarszych rybackich miasteczek w Baskonii. Prawie o sto lat starsze nawet od samego Bilbao. Do dziś jednak obserwować tu można autentyczne rybackie życie, które wyznaczają codzienne obowiązki. Rano jest tu zwykle bardzo spokojnie i tylko kilku starszych ludzi popija poranną kawę w jednej z niewielu otwartych o tej porze knajpek. Życie w Betmeo zaczyna się dopiero po jedenastej, kiedy kutry rozładują dzienny połów świeżych ryb i owoców morza. Miejscowy deptak, szczególnie latem, zamienia się wtedy w jedną wielką restaurację na świeżym powietrzu. Aż trudno uwierzyć, ale przed przyjazdem warto zarezerwować stolik, by potem bez problemu delektować się lokalnymi specjałami. Królem talerza jest tu najlepszy w okolicy tuńczyk, ale nie pogardziłabym też dobrym dorszem czy anchois. Hmm, aż ślinka cieknie.  


Niezbyt ciekawą Mundakę, w ktŏrej na dodatek oferta gastronomiczna woła o pomstę do baskijskich bogów, pominęłabym z chęcią w tym zestawieniu. Szczególnie, że zjadłam tu mojego pierwszego dorsza al pil pil i gdyby nie batzoki w Portugalete, o którym pisałam wcześniej, uważałabym to danie za największe rozczarowanie lokalnej kuchni. Chcąc nie chcąc, muszę jednak wspomnieć o Mundace ze względu na surferów.


Znawcy tematu twierdzą, że Baskonia to idealne miejsce do szaleństw na desce. Wiatr jest tu sprzymierzeńcem, a deszcz nikomu nie przeszkadza. Najlepszy czas to uprawiania tego sportu jest zresztą poza letnim sezonem, gdy morze zaczyna pokazywać pazurki. Niepozorna Mundaka przoduje wśród plaż dla profesjonalistów, a jej słynna lewa tuba potrafi osiągnąć długość nawet 200 metrów. Nie znam się, ale wyczytałam, że jeśli chodzi o stary kontynent to prawdziwa rekordzistka. A więc jeśli lubisz ten sport, zapisz sobie Mundakę na swojej bucket list, ale na jedzonko uciekaj do pobliskiego Bermeo.




9. Hondarribia


Niewielka Hondarribia była w przeszłości świadkiem historii przez wielkie H i dlatego nie mogło zabraknąć jej w tym zestawieniu. Historia ta sięga X wieku, z którego pochodzą otaczające miasteczko mury miejskie wraz zamkiem, który w XVI wieku został gruntownie przebudowany przez cesarza Karola V. Do dziś nosi zresztą jego imię, choć zamkiem już nie jest. W zabytkowym budynku mieści się dziś luksusowy hotel Parador.


Do hotelu nie wchodzimy, ale za to zaglądamy do pobliskiego kościoła Nuestra Señora de la Asunción y del Manzano. To tutaj w 1660 roku rozpoczęły się uroczystosci ślubne Ludwika XIV i hiszpańskiej infantki Marii Teresy. Najważniejsze wydarzenie towarzyskie XVII wiecznej Europy pieczętujące podpisany rok wcześniej Traktat Pirenejski, który zakończył wieloletnią wojnę między Francją a Hiszpanią, miało zresztą aż trzy odsłony. Pierwszą w Hondarribi, drugą na należącej do obu państw Wyspie Bażantów, gdzie Marię Teresę uroczyście przekazano francuskiemu następcy tronu i wreszcie ślub właściwy po francuskiej stronie w kościele św. Jana Chrzciciela w Saint-Jean-de-Luz. Wszystkie trzy wydarzenia obchodzono z wielką pompą, a nad artystyczną ich stroną czuwał sam słynny, ale wirkowy juz wtedy Diego Velazquez, który wyczerpujące przygotowania do ceremonii przypłacił zresztą życiem. 


Ciekawostką jest również sama wspomniana wyżej Wyspa Bażantów, którą można oglądać podczas rejsu po rzece Bidasoa. Ta wyjątkowa wysepka od czasu podpisania Traktatu Pirenejskiego w 1659 roku to najmniejsze na świecie kondominium, czyli teren zarządzany przez dwa lub więcej państw. W tym wypadku od 1 sierpnia do 31 stycznia wyspa jest francuska, a od 1 lutego do 31 lipca rządzą tu Hiszpanie. Wyspa jest tak maleńka, że nie mieszka tam żaden człowiek, bażanty resztą też nie, co najwyżej dzikie kaczki.





10. Francuska Baskonia (Iparralde)


Opowieść o Kraju Basków nie byłaby kompletna, gdybyśmy nie zajrzeli do jej północnej, francuskiej części, zwanej Iparralde. Granicę przekraczamy w Hendaye niewielkim miasteczku, które niektórzy zapamiętają jako miejsce, gdzie w 1940 roku, w murach miejscowego dworca, Hitler namawiał Franco do przyłączenia się do II wojny światowej, wszyscy zaś zachwycą się piękną długą plażą, najdłuższą na całym baskijskim wybrzeżu.


Największym miastem francuskiej Baskonii jest Bayonne, a właściwie BAB, czyli aglomeracja Bayonne - Anglet - Biarritz. To pierwsze miasto słynie z historycznej starówki, dojrzewającej szynki o wyjątkowym smaku i czekolady wzmacnianej aromatem papryczki z Espelette, to ostatnie to elegancki kurort z kasynem i nieproporcjonalnie wielkim pałacem imperialnym w kształcie litery E, zbudowanym przez Napoleona III dla swojej żony cesarzowej Eugenii. To również stolica francuskiego surfingu, który dopełnia szczęścia amatorów deski z żaglem, spędzających urlop w Zatoce Biskajskiej.


O Biarritz niewiele mogę powiedzieć, bo jedyne co widziałam to mleko mgły, która na cały nasz pobyt przykryła miejscowe atrakcje. Dużo łaskawsza była dla nas aura w prześlicznym Saint-Jean-de-Luz. Wspomniałam już o tym miasteczku przy okazji ślubu Króla Słońce z hiszpańską księżniczką, ale to nie jedyny powód, dla którego naprawdę warto tu przyjechać. Charakterystyczne białe domki z szachulcowym wzorem w kolorze byczej krwi, leśnej zieleni lub zachmurzonego morza to wizytówka francuskiej części Kraju Basków, tak samo jak wibrujący dźwięk fletu Txistu, symbolu odrodzenia kulturowego i baskijskiej  tożsamości narodowej, która we Francji nie jest może tak silna jak w Hiszpanii, ale jednak bardzo ważna dla mieszkanców tego małego skrawka ziemi.


W Saint-Jean-de-Luz koniecznie zajrzyjcie do miejscowego kościoła św. Jana Chrzciciela, gdzie odbyły się królewskie zaślubiny. Kościół jest naprawdę nietypowy, z zewnątrz przypomina bardziej fortecę niż świątynię, a w środku teatr z zachwycającymi, trójpoziomowymi galeriami z dębowego drewna. Dopełnieniem całości są barokowe złocenia i marynistyczne detale. Coś pięknego.


Coś pysznego znajdziecie za to w firmowym sklepie “Maison Adam”, który swoje słynne makaroniki w stylu baskijskim zaserwował pierwszy raz na pamiętnym weselu Ludwika XIV. Od tamtej pory cieszą podniebienia mieszkańców i turystów. Nie są może tak kolorowe jak te paryskie, ale ich migdałowy smak pozostał w mojej pamięci na długo po opuszczeniu Euskadi. Jak zresztą wiele innych cudownych smaków tego niezwykłego kraju.

 




Ten post nie jest reklamą, a wyłącznie moją osobistą rekomendacją.

Komentarze

Obserwuj Instagram!