WODNA WIEŻA W PSZCZYNIE - Weekend w steampunkowym stylu


Nie sądziłam, że Pszczyna, w której bywałam nie raz, może mnie jeszcze czymś zaskoczyć. Słynna zagroda żubrów, uroczy pałac cesarzowej Sissi i przepiękne tereny zielone to atrakcje, które z oczywistych powodów przyciągają tu rzesze rodzin z dziećmi i osób lubiących spędzać czas aktywnie na świeżym powietrzu. Okazuje się jednak, że za sprawą pewnego niezwykłego miejsca Pszczyna stała się także mekką okolicznych foodiesów, design loversów i entuzjastów wodno-parowych rozkoszy.


Dla mnie przygoda ta zaczęła się od blogerskiej dramy, którą rozpętała parę ładnych lat temu dosyć znana infuencerka kulinarna, krytykując tę rodzącą się właśnie pszczyńską inicjatywę. A że pani ta była ze stolicy, wieść rozniosła się szeroko po internecie. Szukając ciekawych miejsc na Śląsku, trafiłam właśnie na ten niezbyt pochlebny artykuł. Efekt krytyki był jednak zgoła odwrotny, bo jako przekorna istota postanowiłam sama na własne oczy sprawdzić, co się tam w tej Pszczynie najlepszego wyrabia i w pewien cudny, wrześniowy weekend (z dosyć dużym poślizgiem czasowym, ale jednak) zawitałam u bram nietypowo reklamowanej Wodnej wieży.




Jak się szczęśliwie okazało, na miejscu zastałam zupełnie inną rzeczywistość. Odkryłam naprawdę niesamowite miejsce. Nie mogłam jednak wtedy przypuszczać, że rok później

Wodna Wieża w Pszczynie otrzyma swoją pierwszą gwiazdkę Michelin, a obiekt będzie na ustach całego, kulinarnego świata. Choć droga do tego sukcesu faktycznie nie była łatwa.


Modernistyczny, surowy budynek jednej z dwóch pszczyńskich wież ciśnień znajduje się nieco na uboczu, ale z dworca głównego prowadzi do niego prosta droga niezwykle urokliwą ulicą Tadeusza Kościuszki. Spacer zadrzewioną aleja pełną przedwojennych kamienic, o których można by napisać osobnego posta, zajmuje mi 10 minut.




Wybudowana w 1928 roku przez śląskiego konstruktora i wynalazcę Jana Gustawa Grycza wieża przez lata służyła utrzymywaniu stabilnego ciśnienia wody w wodociągach miejskich. Mieściła także publiczną łaźnię i mieszkania obsługi. Po wojnie znajdowały się tu kolejno: fryzjer, kosmetyczka, centrum językowe, rozgłośnię radiową. W 2006 roku popadający w ruinę zabytek kupił od miasta pszczyński biznesmen Karol Kania i wraz z synem Wojciechem i jego żoną Agnieszką postanowili przenieść nas wszystkich w intrygujący świat maszyn parowych rodem z powieści Juliusza Verne. 




Po czterech latach prac w 2010 roku nastąpiła pierwsza odsłona restauracji Steampunk oraz orientalnej knajpki Shui Ta. Co ciekawe nazwa ta po chińsku miała oznaczać właśnie wieżę ciśnień. Oprócz odjechanego industrialnego wystroju restauracja Steampunk szczyciła się nowoczesna kuchnią polską, w której królowały nietypowe odmiany grzybów, takich jak soplówka jeżowata czy chiński łuskwiak nameko, a z lakownicy lśniącej robiono nawet herbatki lecznicze i nalewki! Dodam jako ciekawostkę, że pan Wojciech Kania pasję do grzybów odziedziczył po ojcu, który zbił fortunę na produkcji pieczarkowej grzybni. Nazwisko w tym wypadku zobowiązywało podwójnie. Jeśli temat grzybów Was zaintrygował, odsyłam do ciekawego artykułu na ten temat, który znajdziecie tutaj.



Wodna Wieża co roku zdobywała najważniejsze wyróżnienia świata gastronomicznego. Nagrodzono ją m.in. trzema widelcami w konkursie Poland 100 Best Restaurants 2013 i wyróżniono za nowatorską strategię marketingową. W 2014 r. restauracja, której szefował wtedy Dominik Duraj została doceniona w pierwszej polskiej edycji przewodnika Gault & Millau. Dostała aż trzy "czapki" i 16,5 na 20 możliwych punktów. Wyżej została oceniona tylko jedna restauracja w Polsce - słynne nieistniejące już Atelier Amaro w Warszawie. Wygląda więc na to, że krytyka, o której wspominam na początku to wypadek przy pracy i raczej odosobniona opinia.


Niestety wszystkie sukcesy tego niezwykłego przedsięwzięcia przyćmiła rodzinna tragedia. W 2017 roku, jak wyczytałam w lokalnych artykułach prasowych, w kwiecie wieku, zmarł nagle właściciel i dobry duch tego miejsca - pan Wojciech. Rok później Wodna Wieża równie niespodziewanie zamknęła swoje drzwi dla gości.




Na szczęście to nie jest koniec tej historii. W 2024 roku ten nietuzinkowy koncept został reaktywowany. I choć Wodna Wieża nie należy już do słynnych pszczyńskich biznesmenów, a zbieżność nazwisk z jednym z obecnych właścicieli jest ponoć przypadkowa, rodzina Kaniów może być dumna, że ich wizja jest kontynuowana i w przepiękny sposób rozwijana. Dziś Wodna Wieża to wielofunkcyjny obiekt, w którym działają dwie restauracje, hotel z designerskimi apartamentami i spa z widokiem na miasto. Nie ma się więc co dziwić, że zamarzył mi się luksusowy weekend w tym miejscu. 




Oferta noclegowa to siedem designerskich pokoi, które w roku 2025, zaledwie rok po otwarciu, wskoczyły do czołówki rankingu Poland 100 Best Hotels awards, otrzymując w kategorii apartamenty aż dwa klucze. Jak szaleć, to szaleć. Zarezerwowałam największy i najbardziej wypasiony z nich. I jeśli chcecie efektu WOW, zróbcie to samo. Dwupoziomowy, prawie osiemdziesięciometrowy apartament dosłownie rozłożył mnie na łopatki, a szczękę zbierałam do następnego rana. Najpierw oszałamia przestrzeń, potem detale od włączników po logo wytłoczone na designerskich fotelach.




Na pierwszym poziomie mamy salon z jadalnią i strefą wypoczynkową z widokiem na majaczący w oddali pszczyński pałac i otaczający go park. Oprócz tego do dyspozycji gości jest prywatny bar i przepiękna designerska łazienka z olbrzymią, miedzianą wanną, którą podziwiać można także z drugiego poziomu, na którym znajduje się sypialnia.




Wrażenie robi także niezwykle dopracowany system oświetleniowy. Ilość pokrętełek i przycisków na panelu sterowniczym sprawia, że nawet włączanie światła jest tu nie lada frajdą. Przyznam, że w pokoju jest tyle atrakcji, że na dobrą sprawę można by z niego nigdzie nie wychodzić. Jedynym skutecznym wabikiem może być tylko gwiazdkowa już dziś restauracja Steampunk.


Kiedy rezerwowałam stolik we wrześniu 2025 roku do głowy mi nawet nie przyszło, że parę miesięcy później to miejsce będzie w kulinarnej topce nagrodzone pierwszą gwiazdką słynnego przewodnika Michelin. Być może zresztą kiedy ja zachwycałam się oryginalnym wnętrzem i widokiem za oknem, inspektorzy francuskiej marki wnikliwie analizowali zawartość menu przy stoliku obok.   



Nie będę rozwodzić się nad smakiem poszczególnych potraw, bo jak na szanującą się restaurację przystało, menu zmienia się sezonowo i dziś serwuje się tam już pewnie zupełnie co innego. Mogę jednak z czystym sumieniem potwierdzić, że wszystko było doskonale przyrządzone, dania wyglądały pięknie i absolutnie zasługują na nagrody, które zbierają. 



Koniecznie zróbcie rezerwację, bo to nie jest i nigdy nie było miejsce, do którego wchodzi się z ulicy. Będąc w środku, zrozumiecie dlaczego. Przestrzeń restauracji jest niewielka, a prywatność i komfort gości to dla obsługi priorytet. I choć każdy metr kwadratowy i każde krzesło jest tu na wagę złota, wszyscy są tu traktowani równo i z należytym szacunkiem.



Odczułam to miło na własnej skórze, prosząc o stolik dla jednej osoby. Nikt w żadnym momencie tego przecudnego wieczoru  nie dał mi odczuć, że jestem klientem drugiej kategorii, co w innych miejscach czasem mi zdarza. Dostałam miejsce przy oknie z najlepszym widokiem, kelnerzy z uśmiechem i cierpliwością tłumaczyli mi zawiłości serwowanych receptur, a na koniec zaprosili do kuchni, gdzie pożartowaliśmy o słynnej “krytycznej recenzji” sprzed lat. To musiał być jakiś inny świat, albo obecni właściciele tego miejsca i szef kuchni Ziemowit Owczarz naprawdę umieją uczyć się na błędach poprzedników. Jak widać to najlepszy sposób, aby osiągnąć spektakularny sukces.



Zdaję sobie sprawę, że restauracja Steampunk i jej fine diningowe klimaty z różnych względów nie każdemu przypadną do gustu. Nie znaczy to wcale, że należy rezygnować zupełnie z kulinarnych przyjemności. Zawsze otwarte drzwi ma dla Was Ticket bistro and wine. Tu serwowane są hotelowe śniadania, ale zjecie także pyszny lunch lub kolację. Polecam kotlet schabowy, a w niedzielę tradycyjną, śląską roladę.




Jako że Wodna Wieża rozpieszcza na maksa po śniadaniu wybrałam się jeszcze do tutejszego SPA. Sama wybrałam masaż klasyczny, ale jeśli lubicie, koniecznie skorzystajcie z łaźni mokrej lub suchej. Myślę że wyjątkowo przyjemne mogą być też kąpiele leczniczo-relaksacyjne w miedzianych wannach z panoramą miasta w tle. 




Zrelaksowana jak należy ruszam na spacer po Pszczynie. Zamek Hochbergów z przepiękną salą balową nigdy mi się nie znudzi. Z przyjemnością wypijam też herbatę w herbaciarni Daisy i sprawdzam dostępność łódek, by popływać po parkowym stawie. Zaglądam też do

ogrodów Kapias w Goczałkowicach, a w drodze powrotnej do Krakowa rzucam okiem czy zakończono już remont zameczku myśliwskiego w Promnicach. Jeszcxe nie, więc o tym wszystkim opowiem Wam innym razem 😊.


Ten post nie jest reklamą, a wyłącznie moją osobistą rekomendacją.

Komentarze

Obserwuj Instagram!