Stambuł, największe miasto Turcji, najludniejsza metropolia Europy, gigant rozpostarty na dwóch kontynentach, potrafi onieśmielić najbardziej wytrawnego globtrotera. Przemierzając godzinami ulice wzdłuż i wszerz, ma się poczucie, że to miasto nie ma końca i że ciągnąc się kilometrami wzdłuż wybrzeża Morza Marmara, samo jest jak bezkresny ocean pełen ludzi, kotów i … mocnych wrażeń.
Mam nadzieję, że ten wstęp nie przeraził Was zbytnio, a tylko zachęcił do dalszej lektury, w której spróbuję przekonać Was, że Stambuł to jednak miasto, z którym można się zaprzyjaźnić. Ba, uważam nawet, że przy dobrej organizacji najważniejsze rzeczy ogarnąć można w ramach długiego weekendu. Mimo swego ogromu, historyczna część miasta jest bowiem dosyć kompaktowa, a najcenniejsze zabytki macie tu praktycznie na wyciągnięcie ręki.
Jak zaplanować pobyt i co zobaczyć, żeby poczuć ducha dawnej stolicy Bizancjum i dobrze się bawić? Oto kilka moich rad na dobry początek stambulskiej przygody.
1. Zacznij od chrześcijańskiego... meczetu
Zacznijmy od sztandarowego highlightu Stambułu i największej kontrowersji ostatnich lat, czyli Hagia Sophia. Dwa w jednym macie tu za jedyne 2400 TRY albo na nasze 50 EUR. Zresztą cała nasza stambulska ekipa żartowała, że wszystko tu kosztuje “dwa czterysta”. Do śmiechu nam jednak nie było. Ceny w mieście są obecnie masakryczne (info z sierpnia 2025), szczególnie bilety do topowych muzeów i drinki z widokiem. No ale przecież być w St1ambule i nie wejść do najważniejszej chrześcijańskiej świątyni wschodniego cesarstwa, to jak pojechać do Paryża i nie zobaczyć wieży Eiffel'a. To, co nas jednak najbardziej oburzyło to nie cena, a procedura wejścia i to jak Turcy obeszli się z największym chrześcijańskim zabytkiem miasta.
Kto był w Stambule przed 2020 rokiem tem miał sporo szczęścia, bo mógł wejść na dolny poziom świątyni za darmo, a także podziwiać wspaniałe bizantyjskie mozaiki. Równie piękne znajdziecie chyba tylko w Kościele św. Zbawiciela na Chorze, choć trudno je porównywać, bo pochodzą z różnych okresów (te ostatnie są kilka wieków młodsze). Zbudowana w 437 roku bazylika Mądrości Bożej, przez tysiąc lat uchodziła za największy kościół chrześcijański na świecie. W XV wieku została przejęta przez wojska osmańskie i przekształcona w meczet. Kilka lat po upadku imperium osmańskiego, pierwszy prezydent Republiki Turcji i ojciec narodu Mustafa Kemal Atatürk podjął decyzję, że Hagia Sophia jako dobro kultury świeckiego państwa, będzie pełnić rolę muzeum dostępnego dla wszystkich za darmo. Innego zdania okazał się być obecny prezydent Turcji Recep Tayyip Erdoğan, który postanowił zrobić na złość chrześcijanom i ponownie zamienił obiekt na meczet, karząc słono płacić innowiercom za bilet wstępu do ich ukochanej świątyni.
Cała historia jest faktycznie oburzająca. To trochę tak, jakbyśmy zabronili muzułmanom wstępu do Watykanu. Rożnica jest jednak taka, że oni do chrześcijańskich świątyń się nie pchają, a my przeciwnie lubimy zajrzeć wszędzie. Czy można jednak znaleźć w tej sytuacji jakieś plusy? Ależ owszem. To jedyna okazja żeby na wszystko spojrzeć z góry i albo poczuć się “kimś lepszym”, albo nabrać dystansu i zaakceptować świat takim, jakim jest. Być może za paręset lat sytuacja zmieni się na naszą korzyść. Kto wie 🤣.
2. Naciesz oczy kolorami miasta
Spacerując ulicami Stambułu, ma się wrażenie, że miasto prowadzi z nami nieustanną grę w kolory. Momentami oczopląsu można dostać. Zacznijmy od znajdującego się tuż obok Hagia Sophia pałacu Topkapi. Olbrzymi obiekt z czterema dziedzińcami, które stopniowo odkrywają przed nami sekrety tego miejsca, zaczęto budować zaraz po zdobyciu Konstantynopola w 1453 roku i przez 380 lat była to główna siedziba sułtanów osmańskich. W XVIII wieku uznano pałac za mało komfortowy i wybudowano kiczowaty, złoty i nieskromny pałac Dolmabahçe wzorowany na francuskim Wersalu. Jeśli bardzo chcecie, jedźcie go zobaczyć, ale dla mnie to była strata czasu i pieniędzy. Dowodu na to nie mam, bo w pałacu nie można było robić zdjęć.
Za to w Topkapi możecie cykać fotki do woli, a jest tu co oglądać: dawne sułtańskie stroje, chińską porcelanę i kosztowności oraz niezwykłą kolekcję relikwii Mahometa: płaszcz proroka, pieczęć, broń, a nawet ukruszony ząb, włos z brody mędrca czy niosący błogosławieństwo odcisk proroczej stopy…
Na mnie jednak największe wrażenie zrobiły mieniące się kolorami mozaiki w budynkach na ostatnim dziedzińcu oraz ukwiecone ogrody. Magii dodaje temu miejscu niezwykłe położenie z olśniewającym widokiem na Bosfor i azjatycką część Stambułu.
Fener i Balat to chyba dwie najbardziej kolorowe dzielnice miasta, które znalazły się w topce naszej stambulskiej bucket list. Żeby zagłębić się w ich bogatą historię wynajęliśmy nawet prywatnego przewodnika. Recep piękną polszczyzną, z detalami opowiadał nam o perełkach tej części metropolii. Przy okazji polecam gorąco jego usługi, szczególnie jeśli jesteście większą grupą. Namiary znajdziecie tutaj.
Balat to dawna dzielnica sefardyjskich żydów wypędzonych z Hiszpanii po rekonkwiście pod koniec XIV w, a Fener to teren, na którym wiek później osiedlili się prawosławni grecy. Żydów i Greków jest dziś tu zdecydowanie mniej, pierwsi wyemigrowali do nowo powstałego w 1948 roku państwa Izrael, drudzy zostali brutalnie wypędzeni z jedną walizką i 20 dolarami w portfelu, kiedy Turcja rozpoczęła polityczną batalię z Cyprem. Wciąż jednak Fener uchodzi za duchowe centrum prawosławia na świecie (choć ciekawe co na ruski patriarcha). Symboliczny prawosławny Watykan, a dokładnie Patriarchat Ekumeniczny Konstantynopola ma swoją siedzibę w zjawiskowym kościele katedralnym św. Jerzego, który jest obowiązkowym punktem programu zwiedzania w tej dzielnicy, tak jak i znajdujący się nad brzegiem Złotego Rogu żelazny kościół św. Szczepana, którego niezwykła stalowa konstrukcja to unikat na skalę światową.
Trzeba zaznaczyć, że te dzielnice, mimo że urokliwe, czasy swojej świetności mają już za sobą. Widać wprawdzie wysiłek włożony w odnowienie niektórych budynków, ale wystarczy zboczyć z utartego szlaku, aby zobaczyć prawdziwe ich oblicze. Choć właśnie te zaniedbane, walące się drewniane domy brukowane uliczki pełne wałęsających się kotów, starcy popijający herbatę na plastikowych krzesełkach pod powiewającymi na wietrze sztandarami Atatürka tworzą niepowtarzalny i wciąż bardzo autentyczny klimat.
Z drugiej strony widać, że te wielobarwne dzielnice przyciągają coraz więcej turystów i instagramerów z aparatami w ręku ganiających po tęczowych uliczkach jak banda rasowych Japończyków. Nie zdziwcie się również, jeśli na waszej drodze stanie ekipa z kamerami. Balat i Fener, a szczególnie schody ze zdjęcia poniżej to ulubiona sceneria tureckich filmów seriali i spotów reklamowych. Możecie się tu sami poczuć jak gwiazdy filmowe 😜.
Jeśli wciąż mało Wam kolorów, wybierzcie się jeszcze do dzielnicy Kuzguncuk, w azjatyckiej części miasta. Kolorowe domki są tu niemal identyczne. Patrząc na zdjęcia poniżej trudno rozpoznać, które zrobiono w Belek, a które w Kuzguncuk, ale możecie zgadywać 😜.
3. Odkryj tajemnice konia Trojańskiego i pójdź na randkę z Safo.
Muzeum Archeologiczne w Stambule, trudno przegapić, bo znajduje się po prawej stromie od wyjścia z Pałacu Topkapi. Dosłownie parę kroków i przenosicie się w czasie nie o tysiąc, a o co najmniej pięć tysięcy lat. Najstarszym artefaktem jest tzw. Sarkofag Aleksandra Wielkiego, ale nie dajcie się zwieść, nie jest to jego własna “trumna”. Specjaliści uważają, że na jednym z boków postać w lisiej czapce może być wizerunkiem słynnego macedońskiego władcy. Prawda to czy nie, imponującej wielkości świetnie zachowane sarkofagi, bez dwóch zdań, stanowią centralny punkt zwiedzania.
Największe wrażenie zrobiło na mnie jednak popiersie Safo. Tajemnicza poetka z wyspy Lesbos zawsze działała na moją wyobraźnię. W sensie platonicznym dodam dla jasności 😜. To prawda jednak, że dziś widzimy w niej symbol homoseksualnej miłości. Wygląda jednak na to, że w czasach antycznych pewne praktyki były normą. Safona pisała wiersze, ale także przygotowywała kobiety do zamążpójścia. Jak można się domyślać, młode dziewczęta otrzymywały gruntowną edukację, tak żeby w noc poślubną wiedzieć, jak się zachować, a Safo wykonywała doskonale swoją robotę, czerpiąc z niej prawdopodobnie niemałą satysfakcję. Czyż nie o to właśnie chodzi w życiu 🤣.
Historia Troi, w przeciwieństwie do legendy Safo, to historia dla grzecznych dzieci i dowód na to, że warto wierzyć w baśnie. Heinrichowi Schliemannowi, niemieckiemu archeologowi, udało się dokonać wielkiego odkrycia prawdopodobnie dlatego, że uwierzył Homerowi. W roku 1870 z Iliadą w ręku wyruszył w okolice miejscowości Çanakkale, by odnaleźć miejsce opisywane przez poetę. Okazało się to strzałem w dziesiątkę. Dzięki temu marzycielowi mamy dziś między innymi w Muzeum Archeologicznym w Stambule sporo artefaktów z tego miejsca, które niewątpliwie zachęcą Was do kolejnych wypraw w głąb Turcji.
4. Zanurz się w prozie Orhana Pamuka
Podczas zwiedzania Stambułu na pewno nie można przegapić głośnego Placu Taksim, a także spaceru po ruchliwej i bardzo europejskiej İstiklal Caddesi, po której, w te i wewte, jeżdżą słynne czerwone tramwaje retro. Dla mnie to jednak tylko pretekst, do tego, by za chwilę zanurzyć się w spokojne i malownicze uliczki dzielnicy Cihangir i Çukurcuma. Ta pierwsza, to wypisz wymaluj paryski Montmartre, druga skrywa niezwykłą perełkę. Zapraszam do Muzeum niewinności stworzonego przez samego Orhana Pamuka.
Jeśli kojarzycie powieść Orhana Pamuka o takim właśnie tytule, to jesteśmy w domu. Jeśli nie, to zachęcam do lektury jeszcze przed wyjazdem. Kiedy Orhan Pamuk pisał tę jedną z najbardziej surrealistycznych, głębokich i tragicznych historii miłosnych jakie zna literatura, już wtedy wiedział, że to będzie coś więcej niż kolejna książka w jego literackim dorobku. Przez lata zbierał i umieszczał w powieści (a potem również w realnym muzeum) dziesiątki przedmiotów codziennego użytku, które będąc szkieletem narracji, opisywały jednocześnie stambulską rzeczywistość drugiej połowy XX wieku i zamykały w sobie wspomnienia jego własnej młodości.
Wchodząc do Muzeum Niewinności (najlepiej z własną papierową wersją wtedy jest za darmo) dosłownie i w przenośni zanurzamy się w świat powieści. Słyszymy brzęczenie muchy zaplątanej w firankę, jak w pierwszych zdaniach książki, i odgłosy stambulskiej ulicy. Niemal czujemy w ustach smak słodkiej tureckiej herbaty pitej co wieczór przez Kemala i Füsun. Stajemy się częścią tego niezwykłego projektu, który jest dla mnie kwintesencją geniuszu i wyobraźni słynnego noblisty.
Kolekcja muzeum powstawała przez wiele lat. Zanim jeszcze Pamuk usiadł do pisania, ten niezwykły koncept zakwitł i rozwijał się w jego głowie. Latami szwendał się po okolicznych antykwariatach, których do dziś jest tu mnóstwo, wyłudzał cenne artefakty od rodziny i znajomych. Samo muzeum pisarz ufundował dopiero wtedy, gdy dostał nobla za powieść “Śnieg”. Nagroda pieniężna pozwoliła mu kupić niewielką kamienicę w Çukurcumie i urządzić w nim niesamowitą przestrzeń łączącą fikcję ze światem jak najbardziej realnym. Tego nie można przegapić.
5. Zobacz Stambuł z wysokości
Zrób to koniecznie, ale bądź ostrożny i wybieraj mądrze, a jak coś Ci się nie spodoba, po prostu wyjdź. Co może zaskoczyć? Oczywiście ceny. Za zwykłe piwo Efes ze zdjęcia poniżej zapłaciłyśmy pięć dych i to była najtańsza pozycja w karcie! A Turcja miała być przecież taka tania. Jak widać bywa różnie.
Gdzie zatem znaleźć rooftop w dobrej cenie? Przede wszystkim w Waszym hotelu. Tak, polecam gorąco wybierać noclegi z tarasami widokowymi. Jest tego sporo i w bardzo rozsądnych cenach, a śniadanie z takim widokiem na Błękitny Meczet to po prostu bajka 😊.
Jeśli chodzi zaś o restauracje widokowe, polecam Mimar Sinan Roof. My byliśmy tam na urodzinowym śniadaniu w grupie przyjaciół, ale miejsce robi wrażenie o każdej porze. Z jednej strony oszałamiająca panorama miasta, z drugiej widok na monumentalny Meczet Sulejmana. Na talerzu tureckie klasyki, ale szczerze mówiąc, kompletnie nie pamiętam smaków. Tu przede wszystkim jadłam miasto oczami.
Wracając do Meczetu Sulejmana to trzecia, po Hagia Sophia i Błękitnym Meczecie, muzułmańska świątynia, którą koniecznie trzeba odwiedzić w europejskiej części Stambułu. Tym bardziej, że wiąże się ona z jedną z najpiękniejszych historii miłosnych, której główną bohaterką jest piękna niewolnica Roksolana, która finalnie zostaje jedyną (to ważne) żoną Sulejmana Wspaniałego. Historycy są zgodni co do tego, że Roksolana była nie tylko piękna, ale i mądra, a jej wsparcie przyczyniło się do ogromnego rozwoju Imperium Osmańskiego za czasów ich panowania. Do dziś nie doszli jednak do konsensusu co do jej pochodzenia. Stanęło na tym, że to Rusinka, ale z terenów Ukrainy, które były wtedy pod panowaniem Polski. Ta skomplikowana sytuacja sprawia, że każda z tych nacji w różnym stopniu rości sobie prawa do własnej narracji w tym zakresie. A o tym że temat od czasu do czasu rozgrzewa zbiorową wyobraźnię, niech świadczy sukces i wznowienie emisji serialu “Wspaniałe stulecie”. Warto obejrzeć z leciutkim przymrużeniem oka 😜.
O tym, że najpiękniejsze widoki na Stambuł są z Wieży Galata, świadczą długie kolejki do wejścia. Tak, liczba mnoga nie jest tutaj błędem. Kolejki są dwie: jedna do kasy po bilety, druga do windy, która zawiezie Was na górę. Tę pierwszą można ominąć, kupując bilety on-line. Warto wybrać godziny popołudniowe ze względu na zachód słońca, a nawet wieczorne, jeśli chcecie zobaczyć pięknie oświetlone miasto nocą. Nie próbujcie tylko skakać z wieży. Już taki jeden był.
Według legendy, w 1638 roku osmański naukowiec Ahmed Çelebi miał z dachu wieży przeprowadzić pierwszy lot międzykontynentalny(!), zakładając własnej roboty skrzydła i lądując w Üsküdarze po azjatyckiej stronie miasta.
6. Wybierz się do Azji
O azjatyckiej części Stambułu, do której my dotarłyśmy bardziej klasycznym środkiem transportu, czyli promem, będzie osobny wpis. Nie da się bowiem w paru zdaniach opisać całej różnorodności tej części miasta, którą ukochałam sobie szczególnie. Co na pewno warto zobaczyć po tej stronie Bosforu? Skupię się na najciekawszych (według mnie) atrakcjach dzielnicy Üsküdar, bo jest najłatwiej dostępna zarówno promem jak i metrem czy pociągiem. Zresztą komunikacja w Stambule jest naprawdę doskonale zorganizowana, co sprawia że poruszanie się po tak dużym mieście uznałabym nawet za przyjemność i nie ma znaczenia, po której stronie Bosforu się znajdujecie. O odwiedzonej przez nas również dzielnicy Kadıköy, przeczytacie w kolejnym wpisie.
Zaraz po zejściu z promu, każdy obowiązkowo zalicza spacer po Üsküdar i wakacyjną fotkę z legendarną Kiz Kulesi. Budowla wzniesiona na początku V w p.n.e. pełniła różne funkcje od wieży strażniczej, fortecy, szpitala aż po restaurację. Dziś, po gruntownym remoncie zakończonym w 2023 roku, urządzono tu muzeum, ale szczerze mówiąc, ceny wstępu odstraszają 😪.
Po spacerze proponuję odpocząć w niezwykłym miejscu, o którym większość turystów nie słyszała. Nowoczesne centrum kulturalne Nevmekan Sahil mieści w sobie kawiarnię, bibliotekę, galerię sztuki i strefę do nauki i pracy. Widać, że miejscowi uwielbiają spędzać tu czas. To dlatego panuje tu luźna i autentyczna atmosfera. Herbatę wypijcie koniecznie w centralnej sali wypełnionej książkami z pięknym, kopulastym dachem w kolorze morskiego turkusu. By the way kilka minut piechotą od Nevmekan Sakil jest targ, na którym zjadłam najlepszą bułę z grillowaną makrelą, czyli słynny balik ekmek.
Najważniejszym punktem na mapie azjatyckiej części Stambułu jest górujący nad nią meczet Çamlica. Największy meczet Turcji to praktycznie świeżynka, której budowę zakończono w 2019, ale w sierpniu 2025 wciąż trwały tu prace wykończeniowe wokół budowli. Nie ma się czemu dziwić. To jest ogromny dwupiętrowy kompleks z gigantycznym tarasem widokowym. Zresztą wzgórze Çamlica od zawsze słynęło z zapierającej dech w piersiach panoramy. Walory tego miejsca docenili również budowniczy Çamlica Tower, która pozostaje najwyżej położonym punktem widokowym Stambułu. Nie zdążyłyśmy tam dotrzeć, ale myślę, że warto.
Na koniec warto zjechać do dzielnicy Kuzguncuk. Już wspominałam, że to taki azjatycki odpowiednik dzielnicy Balat w europejskiej części Stambułu. W okolicach słynnej uliczki Icadiye, oprócz mnóstwa kolorowych domków, zachwyciły mnie sklepiki z ceramiką i… słodyczami. Przyznam, że nie mogłam się oprzeć ani jednemu, ani drugiemu. Dlatego do Polski wróciłam z pięknym zestawem glinianych filiżanek do herbaty i kilkoma dodatkowymi wałeczkamii tłuszczyku na brzuchu 😜.
7. Zarezerwuj czas na rejs po Bosforze
Czymkolwiek, serio. To może być standardowy prom, prywatna łódka albo turystyczna atrakcja z jedzeniem i “artystycznym” pokazami tańców wygibańców. Promy są częścią świetnie rozwiniętej komunikacji miejskiej, co oznacza, że koszt przejazdu niczym nie będzie się różnił od ceny biletu na metro czy autobus. Zdecydowanie inny będzie jednak komfort takiej przejażdżki, pod warunkiem, że nie traficie na godziny szczytu. Na większości promów macie możliwość zakupu drobnych przekąsek i oczywiście herbaty. Słońce, wiatr we włosach i piękne widoki macie w cenie.
Jaki bilet, a raczej kartę wybrać? Obcokrajowcy mają do wyboru w zasadzie dwie opcje. Kartę na doładowywanie dowolnej kwoty lub kartę z cenie 3/5/10 pojedynczych biletów. I choć druga opcja jest ciutkę droższa, to ja lubię przejrzyste rozwiązania. Byłam bowiem świadkiem sytuacji, kiedy na karcie nie starczyło środków na przejazd wszystkich członków rodziny i do autobusu wsiadły jedynie dzieci naszych przyjaciół. Rodzice musieli poradzić sobie inaczej 😜.
Nie jestem fanką turystycznych rejsów, ale namówieni przez naszego lokalnego przewodnika Recepa, o którym już Wam wspominałam, postanowiliśmy skorzystać z opcji wieczornego rejsu z kolacją i innymi atrakcjami.
Huczne imprezy na statkach pływających po Bosforze mają swoją długoletnią tradycję, o której z nostalgią wspomina w swoich powieściach sam Orhan Pamuk. Poniżej zdjęcie zabawy z tancerką na stole, które zrobiłam w opisywanym wcześniej Muzeum Niewinności. Niestety dziś po tych klimatach niewiele zostało. Jedzenie średniej jakości, muzyka jak na tureckim weselu, program artystyczny zaskakujący, szczególnie kiedy na parkiet wjeżdża wirujący “derwisz”. Turystyczny kicz, o którym nie umiem nic dobrego powiedzieć. Cóż, experience, którego nie polecam 🙈.
8. Poznaj magię tańca derwiszów
Jeśli chcielibyście zobaczyć jednak prawdziwych wirujących derwiszów, wybierzcie się do Centrum Kultury Hodjapasha niedaleko dworca Sirkeci (to ten, z którego przed laty odjeżdżał słynny pociąg Orient Express). W tym niezwykłym miejscu kultywuje się tradycje sufickiego zakonu Mevlevi. Bractwo założone zostało w XIII wieku w mieście Konya, gdzie swego żywota dokonał słynny Rumi, suficki mistyk, poeta, ojciec pięciorga dzieci i założyciel Zakonu Wirujących Derwiszów. Najlepsze czasy zakonu łączą się z rozkwitem i ekspansją Imperium Osmańskiego, a kryzys z rządami Atatürka, który w ramach laicyzacji kraju surowo zabronił działalności wszelkiej maści magów i wróżbitów. Oberwało się także derwiszom, choć legenda głosi, że pan prezydent bardzo cenił zakon za szerzenie idei miłości i tolerancji oraz przeciwstawianie się islamskiemu fundamentalizmowi.
I miał pan prezydent rację, bo zakon od zawsze słynął z głoszenia nie bardzo popularnej w islamie idei, że wobec Boga wszyscy jesteśmy równi. Ponoć na początku działalności nawet kobiety były derwiszami i tańczyły w jednym kręgu z mężczyznami. Coś jednak panie musiały w międzyczasie nabroić, bo dziś w ceremonii Sema biorą udział tylko mężczyźni.
Magnetyzujący taniec derwiszów to znak rozpoznawczy zakonu. Mniej spektakularne wydają się pozostale praktyki takie jak czytanie Koranu i dziel Rumiego, rozmowy duchowe, medytacja, wzywanie Allaha, czy chociażby “adab”, czyli ćwiczenie uprzejmości i uważnosci. Ta ostatnia praktyka, oprócz tańca, podoba mi się najbardziej, szczególnie, że coraz mniej tego we współczesnym świecie.
Ceremonia Semi składa się z kilku części. Najpierw mamy pochwałę Mahometa i czytanie wersetów ze świętych ksiąg, potem zanurzamy się w kojących dźwiękach fletu ney, symbolizujących tęsknotę człowieka za Bogiem. Następnie na scenę wchodzą mnisi w długich, ciemnych płaszczach i obchodzą scenę dookoła, kłaniając się raz po raz. Punkt kulminacyjny to cztery wirowania, które mają przybliżyć nas do Stwórcy. Na koniec wyciszamy się przy słowach Koranu i modlitwie dziękczynnej.
Sam taniec to jest prawdziwa magia. Derwisz wiruje, używając prawej stopy do poruszania się w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara, podczas gdy lewa stopa pozostaje wbita w podłogę, stanowi oś, wokół której się obraca. Obie ręce są wyciągnięte i uniesione do poziomu głowy, z prawą dłonią skierowaną w górę (co symbolizuje przyjęcie łaski Bożej), a lewą w dół (co oznacza przekazanie tej łaski światu). Z każdym pełnym obrotem tańczący w duchu intonuje słowo „Allah”. W tym rytuale wszystko ma znaczenie, każdy element stroju, ruch, gest, wyraz twarzy. Niezwykłe przeżycie.
Cała ceremonia trwa około godziny, ale do centrum zaleca się przyjść 30 minut wcześniej. Zanim wejdziecie do sali głównej, warto obejrzeć mini wystawę na temat zakonu. Podczas ceremonii nie można robić zdjęć, żeby nie zakłócać odbioru. Nie wpuszcza się także dzieci poniżej 7 roku życia nie tyle ze względów porządkowych, co emocjonalnych. Pokaz jest naprawdę intensywny, a z punktu widzenia wrażliwego malucha, mógłby okazać się nawet nieco przerażający. Przed decyzją o kupnie biletów, warto obejrzeć kilka filmików i dopiero wtedy podjąć decyzję, czy to jest coś dla Was czy raczej nie.
9. Spróbuj lokalnej kuchni
Tureckie jedzenie to temat wart osobnego wpisu. Nie czuję się jednak jeszcze gotowa. Za mało zjadłam 😜. Mimo to, podzielę się z Wami moim skromnym doświadczeniem. Ponieważ nie jestem biegła w tureckim, nazwy potraw podaję za moim krakowskim ziomkiem Bartkiem Kieżunem, autorem fantastycznych książek kucharskich. Tym razem będzie to “Stambuł do zjedzenia”.
Od czego by tu zacząć? Od napitków rzecz jasna. Kawę po turecku znają przecież wszyscy. Nie chodzi mi tu jednak o zwykłą plujkę zalaną wrzątkiem, którą czasem jeszcze pije się w Polsce. W Turcji kawa to rytuał. Przygotowywana w miedzianym garnuszku, aksamitna z naturalną pianką na wierzchu, to prawdziwy, lokalny rarytas. Dla odmiany możecie spróbować kawy pistacjowej. Taką z prawdziwych pistacji wypijecie w uroczej kawiarnio-rupieciarni GenAntik Caffe w dzielnicy Balat.
A jak nie kawa to herbata. Ten gorący napój jest dobry na wszystko, a w wielu restauracjach dostaniecie go nawet za darmo. Turcy piją ją z dużą ilością cukru i to była jedyna rzecz, do której się nie przekonałam. Na koniec słówko o alkoholu. Nie ma z tym żadnego problemu pod warunkiem, że znajdujecie się w odpowiedniej odległości od miejsca uważanego za święte. Będą to zwykle meczety, ale także instytucje takie jak centrum tańca derwiszy, o którym wspominałam wcześniej.
Czas na tureckie śniadanie. Zwykle będziecie mieli go w hotelu, ale warto chociaż raz pójść do dobrej tureckiej śniadaniowni, bo tylko tam jesteście w stanie zrozumieć, o co chodzi. Polecam widokowe knajpki w okolicy meczetu Sulejmana, bo tu do śniadania macie dodatek w postaci niezwykłych widoków. O jednym już wspomniałam, następnym razem wybiorę się obok do Kubbe-i Aşk. Bez względu na to, gdzie pójdziecie, na stole zobaczycie mnóstwo miseczek i talerzyków z przysmakami taimi jak: sery, konfitury, wędlina a nawet frytki. Dopilnujcie, żeby nie zabrakło Wam simitu przypominającego nasze obwarzanki i tureckiego, kremowego kajmaku. Królem stołu będzie menemen, czyli jajecznica z pomidorami i papryką, rzadziej çilbir, który znamy w Polsce pod nazwą “jajka po turecku” z ciepłym jogurtem tureckim (nie greckim 😜) polanym palonym masłem.
A czego spróbować w ciągu dnia? Wybór jest ogromny. Do obowiązku każdego, kto odwiedza Stambuł należy wciągnięcie balik ekmek, czyli słynnej bułki z grillowaną makrelą. Największy wybór jest przy moście Galata, ale ja przypomnę, że najlepszą jadłam na targu w azjatyckiej części Stambułu.
Nie można również wyjechać z Turcji bez spróbowania kofty i kebabu. Wegetarianie, przykro mi, dla was na pocieszenie pozostają przepyszne pasty. Koniecznie spróbujcie tej z grillowanego bakłażana posypane owocami granatu. Ja w tym czasie pożeram soczysty Adana kebab w Avlu Ocakbaşı wspaniałej knajpce niedaleko Muzeum Niewinności z widokiem jak na zdjęciu poniżej.
10. Odpręż się w tradycyjnej tureckiej łaźni
Hammam to jedna z najbardziej przyjemnych tureckich tradycji, sięgająca czasów osmańskich, gdzie okazałe, zdobione mozaikami łaźnie były miejscem relaksu dla sułtanów i wezyrów oraz otaczającej ich świty. Z czasem rytuał oczyszczania rozpowszechnił się w tureckim narodzie i do dziś jest jednym ze sposobów na spędzanie wolnego czasu. Oprócz walorów higienicznych i relaksacyjnych, hammam pełnił również ważną rolę społeczną. Był miejscem spotkań towarzyskich, ulubionym szczególnie przez kobiety, które przychodziły do łaźni, żeby poplotkować, a nawet skutecznie wyswatać swoje dzieci.
Tradycja ta jest ponoć wciąż praktykowana, choć zapewne w miejscach turystycznych lokalsów nie spotkacie. Jeśli macie ochotę na relaks w autentycznym miejscu, szukajcie go raczej w dzielnicach poza ścisłym centrum. Papierkiem lakmusowym prawdziwego hammamu powinna być separacja płciowa, czyli osobne wejścia dla kobiet i mężczyzn lub inne godziny korzystania. Będą to pewnie również mniej luksusowe obiekty, ale za to z bardziej przystępną ofertą cenową.
Nie ma jednak, według mnie, nic złego w skorzystaniu z usług hammamu znajdującego się w ścisłym centrum. Kluczową zaletą jest to, że są to zwykle obiekty zabytkowe, nierzadko zaprojektowane przez wybitnych architektów dla osmańskich władców. Możecie zatem spodziewać się relaksu w niezwykle pięknych miejscach. Do najsłynniejszych należą Hürrem Sultan Hamamı, XVI wieczne dzieło najsłynniejszego architekta imperium osmańskiego Mimara Sinana, tego samego zresztą, który zaprojektował Hagia Sophię i wiele innych budowli w Stambule. Süleymaniye Hamamı również stworzonego przez Sinana na zlecenie Sulejmana Wspaniałego. Kto wie, może zażywała w nim kąpieli sama Roksolana. Polecam również pięknie odnowiony Zeyrek Çinili Hamam, gdzie oprócz rozkoszy cielesnych możecie poznać historię tureckich hammamów w znajdującym się w obiekcie muzeum.
My postanowiłyśmy wybrać się do Agi Hammam w dzielnicy Beyoglu. Zachęciła mnie informacja, że to pięknie odrestaurowany, najstarszy hammam w Stambule, a pierwsi goście korzystali z jego usług już 1454 roku! Miejsce faktycznie robi wrażenie, szkoda że tylko na turystach. Jestem przekonana, że żadna szanujaca się Turczynka nie przekroczyła w ostatnich latach progu tego przybytku. My jednak dałyśmy się skusić i zaraz Wam opowiem jak było.
Przywitała nas przesympatyczna obsługa, dała czas na zdjęcia (które, ze względu na komfort gości można robić tylko we wspólnej części na dole). Następnie dostałyśmy kluczyk do swojej kabiny, gdzie zostawiłyśmy ubrania i w cienkim ręczniku poszłyśmy na herbatkę i chwilę relaksu na drewnianych leżakach na piętrze. Po kilku minutach zaproszono nas do głównej sauny. Niestety na gorącej marmurowej platformie leżało już kilka młodych byczków z Niemiec i to było mega żenujące. Warto zatem upewnić się przy rezerwacji, czy będziemy w saunie z mężczyznami czy nie, szczególnie jeśli krępują Was takie sytuacje.
Na szczęście, po rozgrzaniu ciała, zajmowały się już nami wyłącznie kobiety. Masaż z piany z mydła oliwkowego i peeling specjalną rękawicą kese to było niesamowicie miłe doświadczenie. Z zadziwieniem obserwowałam jak panie uwijały się przy nas i w ogóle nie wyglądały na zmęczone mimo dosyć wysokiej temperatury w pomieszczeniu. W Polsce na pewno należałby im się jakiś dodatek za pracę w trudnych warunkach, co najmniej jak górnikom w kopalni.
Tradycyjny osmański rytuał zwykle kończy się tutaj. My jednak, z racji wykupionej full opcji, zakończyłyśmy wizytę w hammami klasycznym masażem calego ciała i oczywiście pożegnalną herbatką. Obie byłyśmy bardzo zadowolone i dumne z tego, jak mądrze umiemy wydawać nasze ciężko zarobione pieniądze 😜.
11. Odpocznij od zgiełku na Wyspach Książęcych
Na Wyspy Książęce koniecznie chciała pojechać moja psiapsi Monia. Ja byłam sceptycznie nastawiona, a nieoczekiwane wydarzenia tego dnia potwierdziły, że nie był to dobry kierunek dla mnie. Przynajmniej na tamtą chwilę 🤣. Zaraz po przybyciu bowiem na drugą z wysp (tą ciekawszą zresztą) złapała mnie okrutna migrena i cały czas wolny przeleżałam plackiem na nadmorskim trawniku, robiąc jedynie kilka fotek.
No więc skoro było mi tam aż tak źle, czemu jednak wciskam Wam te Wyspy Książęce? Bo jeśli chcecie poznać różne oblicza Stambułu, warto włączyć je do planu zwiedzania. Sugeruję jednak, aby nie popełnić naszego błędu i nie skusić się na jedną z wielu wycieczek zorganizowanych. Według mnie to nie tylko strata pienìędzy, ale w tym wypadku przede wszystkim czasu. Szczególnie jeśli na koniec organizatorzy zabiorą Was w miejsca, gdzie wciskać Wam będą lokalne wyroby marnej jakości.
Wycieczkę na Wyspy Książęce, a konkretnie na największą z nich Büyükadę, warto zacząć od wczesnoporannej przeprawy promem. Promy odpływają zwykle co godzinę z różnych portów. Najpopularniejsze z nich to Kabataş. Podróż po spokojnych wodach Bosforu z cudownymi widokami na obie części miasta trwa około półtorej godziny. Planując podróż, koniecznie sprawdźcie z jakiego miejsca będzie Wam najwygodniej. Może się okazać, że to będzie zupełnie inny port.
Nazwa Wysp Książęcych związana jest z faktem, że za czasów Cesarstwa bizantyńskiego, zsyłano tu obalanych cesarzy, duchowieństwo i wszystkich innych, którzy mogli zaszkodzić ówczesnej państwowości. Dla mnie najciekawszą “mieszkanką” wysp, była pierwsza kobieta cesarzowa Irena z Aten, niedoszła małżonka Karola Wielkiego, z którym przez pewien czas współrządziła chrześcijańskim światem. Charyzmatyczna, ale i okrutna władczyni, która dla swojej pozycji nie zawahała się nawet oślepić własnego syna. Mimo to, ze względu na liczne zasługi dla walki z szalejącym w tym czasie ikonoklazmem, który udało jej się obalić na soborze w Nicei, uznana została za świętą kościoła prawosławnego. Ech, polityka…
Dziś Wyspy Książęce, jak można wyczytać w różnych przewodnikach, to ulubiona wakacyjno - weekendowa destynacja stambulczyków. Dlaczego? Jest tu bardzo zielono, czysto i, mimo sporej liczby turystów, wciąż dosyć cicho. Przynajmniej w porównaniu z ulicami w centrum Stambułu. Dzieje się tak głównie dlatego, że na wyspy nie mają wstępu pojazdy napędzane dieslem czy benzyną. Można spotkać elektryki, ale biorąc pod uwagę szerokość uliczek i ich zatłoczenie, jest to niezbyt praktyczny wybór. Po wyspach najlepiej poruszać się pieszo lub rowerem. Za taksówki służą tu jeszcze czasem bryczki konne typu faeton. Patrząc jednak na stan koni, nie polecam ich wykorzystywania.
Podczas odkrywania wysp Waszą uwagę zwrócą na pewno bujna roślinność, piękne drewniane rezydencje, plaże i mnóstwo kawiarenek z zaskakująco przystępnymi cenami. Szczególnie ciekawa do zwiedzania jest wspomniana Büyükada. Do zobaczenia jest kilka malowniczych cerkwi greckich i świątyń ormiańskich, Muzeum Wysp Książęcych i dom Trockiego, który również przebywał tu na wygnaniu (ten ostatni tylko z zewnątrz),. Trzymam kciuki, żeby tylko nie dopadła Was migrena 🙈.
12. Podziwiaj zachód słońca na Złotym Rogu
Koniec dnia w blasku zachodzącego słońca spędzony na moście Galata to prawdziwa wisienka na torcie. Od razu zrozumiecie dlaczego Złoty Róg taką nosi nazwę, a nie inną. To soczewka, w której skupia się kwintesencja tego niezwykłego miasta i wszystkie jej symbole. Ciesząc oczy złotymi promieniami odbijającymi się w wodach cieśniny, po lewej stronie macie stare miasto usiane minaretami najwspanialszych meczetów świata, po prawej wzgórze, na którym dumnie wznosi się strzelista Wieża Galata, za Wami w dali azjatycka część metropolii. Tuż obok Was las rybackich wędek i panny młode w białych sukniach uwieczniające najszczęśliwsze momenty swojego życia.
Robi się nostalgicznie, a do mnie powoli dociera, czym jest hüzün, ten specyficzny rodzaj smutku, o którym pisze w swoich książkach Orhan Pamuk. Patrząc na mieniący się złotem słońca Stambuł, już zaczynam za nim tęsknić, choć moja podróż wcale się nie kończy. Czuję, że zabiorę to uczucie ze sobą, a Stambuł na zawsze pozostanie w moim sercu…
Ten post nie jest reklamą, a wyłącznie moją osobistą rekomendacją.
Zobacz także inne wpisy o Turcji:


































Komentarze
Prześlij komentarz