Bardzo, ale to bardzo chciałam, żeby pierwsze zdjęcie z Kapadocji nie było z balonami. Mimo, że to bez dwóch zdań znak rozpoznawczy tego regionu, zapewniam Was, że ta baśniowa kraina ma dużo więcej do zaoferowania. Lot balonem to co najwyżej wisienka na torcie, którego smak spróbuję oddać w tym krótkim, ale mam nadzieję, bardzo apetycznym wpisie, po którym sami zaczniecie planować własną podróż w tę absolutnie magiczną część Turcji.
Kapadocja znajduje się w samym środku Turcji w centralnej części historycznej krainy Anatolii. Jej niezwykłe krajobrazy zawdzięczamy erupcji trzech wulkanów Erciyes, Göllü i Hasan, które miliony lat temu wyrzuciły ze swoich bebechów ogromne ilości popiołu i lawy. To pierwsze utworzyło grubą warstwę miękkiego tufu, to drugie nieco twardszą powłokę bazaltową lub andezytową. Erozyjne działanie deszczu i wiatru dało w efekcie kształty niezwykłe, które nawet nauki o ziemi nie pozostawiły obojętnej, a nazwa “fairy chimneys”, czyli wróżkowe kominy znajdziecie nie tylko w miejscowych legendach, ale także w fachowej literaturze.Do naturalnych procesów rękę przyłożył również człowiek. Pierwsi kapadoccy osadnicy wykorzystali miękkość tufu, żeby wydrążyć sobie w skałach własne lokum. A jako że Kapadocja stała się w pewnym momencie schronieniem dla sporej grupy chrześcijan, oprócz zabudowań mieszkalnych, podziemnych korytarzy i spichlerzy, w skałach wykuto również setki świątyń, których ściany zdobią bizantyjskie freski.
My do Kapadocji przyleciałyśmy ze Stambułu, korzystając z opcji dwudniowej wycieczki zorganizowanej przez znanego pośrednika na literę G. Miało to oczywiście swoje plusy, ale także słabe strony, o których za chwilę Wam opowiem. Gdybym miała jednak powtórzyć tę podróż zaplanowałabym lot do Ankary, która również jest na mojej liście marzeń (mam chrapkę szczególnie na zobaczenie zbiorów tamtejszego Muzeum Archeologicznego). Ze stolicy Turcji do Kapadocji jest około 3 godziny samochodem. Wypożyczone auto pozwala również na całkowitą swobodę poruszania się na miejscu i zobaczenia każdego magicznego widoczku na trasie.
Do tego dochodzi możliwość wybrania samodzielnie noclegu, jaki tylko Wam się zamarzy. Pewnie następnym razem wybrałabym najbardziej znane Göreme ze względu na widoki, choć taniej będzie na pewno w pozostałych, równie przyjemnych, miejscowościach takich jak Ürgüp, Ortachisar czy Uçhisar. Wszędzie macie możliwość spania w wydrążonych w skałach jaskiniach przystosowanych dla turystów z wszelkimi możliwymi wygodami. Nie poczujecie się więc jak jaskiniowcy, ale mikroklimat tych pomieszczeń sprawia, że śpi się w nich doskonale bez względu na upały panujące na zewnątrz.
Plusem zorganizowanej wycieczki jest to, że o niczym nie trzeba było myśleć. Jedzenie, noclegi, bilety lotnicze na trasie Stambuł - Kayseri wszystko załatwiło biuro podróży, a na lotnisku czekał już na nas kierowca, żeby zabrać nas do kapadockiego raju. Nie przesadzam ani trochę, wszystko co udało nam się zobaczyć było zjawiskowe i każdy kto był, potwierdzi moje słowa. Rozsiądźcie się więc wygodnie i ruszcie ze mną, by się o tym przekonać.
Zacznijmy od tego, że Kapadocja to przede wszystkim kraina niezwykłych formacji skalnych, które stworzyła natura. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, żeby zobaczyć zaklęte w tufie i bazalcie kształty. W Imagination Valley zobaczycie kury, niedźwiedzie, węże, wielbłądy i inne stwory. Dolina Miłości usiana jest olbrzymimi, sterczącymi w górę iglicami przypominającymi męski narząd rozrodczy. To raczej miejsce dla doroslych. Dzieci zabrałabym tam, gdzie skały mają kształt bezy lub słodkich pianek Marshmallow, ewentualnie przypominają ser ementaler z setkami wydrążonych otworów.
Bezpiecznym miejscem dla wszystkich będzie na przykład Pigeon Valley. Ciągnąca się między niepisaną stolicą regionu Göreme aż po Uçhisar Dolina Gołębi jest chyba najbardziej podziurawiona. Wydrążone w miękkim tufie gołębniki miały wabić ptaki, które były dla mieszkańców regionu doskonalym źródłem pożywienia i.. nawozu. Do dziś jest ich tutaj całkiem sporo. Zorganizowane wycieczki zwykle podziwiają dolinę z punktu widokowego przy “drzewie złego oka”. Jeśli zaś będziecie zwiedzać okolicę na własną rękę, warto podjechać do Uçhisar i zaplanować czterokilometrowy spacer w dół malowniczej doliny.
Jeśli już będziecie w okolicy Uçhisar, waszej uwadze nie umknie na pewno majestatyczny “zamek”. To kolejna formacja skalna i najwyższy punkt widokowy w Kapadocji nie licząc gór. Wysokość “zamku” to 1270 m n.p.m. mogę więc sobie wyobrazić jakie widoki czekają u góry. Niestety palące słońce sprawiło, że nikomu nawet do glowy nie przyszlo podejmować się trudu wędrówki na szczyt. Z przyjemnością jednak wypiliśmy wszyscy pistacjową kawę z takim obiektem w tle.
Będąc w Göreme na pewno trzeba odwiedzić tutejsze Open Air Museum. To chyba największa atrakcja tego miasteczka nie tylko ze względu na kolejną dawkę niezwykłych tworów natury, ale przede wszystkim na znajdujące się tu, udostępnione do zwiedzania, skalne kościoły. Chrześcijanie zamieszkujący te tereny od IV wieku ozdabiali swoje świątynie freskami, których pozostałości możemy podziwiać do dzisiaj. Takich mini świątyń jest w Kapadocji całe mnóstwo, ale te należą do najlepiej zachowanych. Prymitywne bizantyjskie malowidła, mimo że nadgryzione zębem czasu i zawziętością średniowiecznych ikonoklastów robią wrażenie i zmuszają do tego, by zatrzymać się na chwilę zadumy. Niestety przekonać się o tym można wyłącznie na własne oczy, bo we wnętrzach robienie zdjęć jest zabronione.
Podążając śladami kapadockich chrześcijan, warto zajrzeć do Doliny Mnichów, która na mnie osobiście zrobiła chyba największe wrażenie. Tu natura postanowiła posadzić grzyby, a mnisi wydrążyć w nich swoje pustelnicze cele. Niektóre “grzybowe nóżki” są tak cienkie, że być może kiedy Wy tam dotrzecie niektórych z nich już nie będzie. Erozja skał sprawia bowiem, że Kapadocja nieustannie się zmienia, nawet jeśli procesu tego nie widać gołym okiem.
Warto pamiętać, że Kapadocja ma dwa oblicza. Jedno to, które widzimy, przemierzając region krętymi, zaskakująco dobrymi drogami, drugie, które odkrywamy schodząc, do któregoś z podziemnych miast. Szacuje się, że jest ich tutaj ponad 200, ale do zwiedzania udostępniono na razie trzy z nich. Ozkonak, Derinkuyu i Kajmakli mają podobną strukturę zbudowaną na kilku poziomach. Pierwszy poziom zarezerwowany był dla zwierząt, które trudno byłoby sprowadzić niżej, dalej mamy magazyny na żywność, wodę, a potem dopiero izby zajmowane przez ludzi. Podziemne labirynty sięgają VIII wieku p.n.e kiedy to służyły jako schronienie przed wojnami i prześladowaniami religijnymi. I choć niektóre z nich, jak Derinkuyu, mają 8 poziomów i mogły pomieścić nawet 20 tysięcy ludzi, nigdy nie służyły jako stałe siedziby. Archeolodzy porównują je raczej do dzisiejszych schronów, gdzie chowano się w razie niebezpieczeństwa. Warunki pozwalały jednak na to, by przeżyć w nich nawet pół roku!
Dzień w Kapadocji najlepiej zakończyć zachodem słońca w jednej z kolorowych dolin. Red Valley lub Rose Valley nadadzą się do tego najlepiej. Obie doliny są ze sobą połączone i najlepiej skusić się na popołudniowy trekking zakończony cudnymi widokami słońca, którego promienie podkreślą dodatkowo niesamowite barwy skał. Wybór punktu widokowego na pewno nie będzie żadnym problem jeśli razie czego pomocą służą Wam mapy Google,
Co oprócz podziwiania widoków oferuje Kapadocja? O trekkingu już napisałam, ale jeśli wolicie bardziej intensywne atrakcje to jazda kładami w takich okolicznościach przyrody na pewno Wam się spodoba. Biorąc pod uwagę, że nazwa Kapadocja oznacza krainę pięknych koni, warto wybrać się także na tego typu przejażdżkę. Ja nie miałabym odwagi, ale znajomi byli bardzo zadowoleni. Zdjęcie poniżej wrzucam, dzięki uprzejmości Agnes i jej syna Alexa, któremu wróżę świetlaną karierę modela. Bogatą ofertę tych i innych atrakcji oraz wycieczek po okolicy znajdziecie w każdym hotelu. Na upartego można by tu nawet fajnie spędzić czas bez samochodu. Agnes i Alex tak właśnie zrobili.
Trzeba liczyć się jednak, że każda wycieczka zorganizowana wiąże się z promocją lokalnego biznesu. Wiem, że nie każdy to lubi. Ja zwykle nie mam z tym problemu, przeciwnie, lubię wspierać miejscowe inicjatywy. Nie można zapominać, że w tego typu regionach ludzie żyją głównie z turystyki i kupienie nawet najmniejszego gadżetu, będzie docenione. Podczas naszej wizyty odwiedziliśmy między innymi pracownię garncarską w miejscowości Avanos z przepiękną ceramiką, gdzie można było samemu pobawić się gliną. Ceny wysokie nawet z “okazyjnym” trzydziestoprocentowym rabatem, ale nie moglam się oprzeć, żeby nie zabrać ze sobą choć jednego talerzyka .
Nie inaczej było w pracowni jubilerskiej. W Kapadocji jak i w całej Turcji kamieni nie brakuje, tych szlachetnych i półszlachetnych również. Od turkusów, które nazywane są “kamieniami tureckimi” po unikatowy Zultanit. Ten ostatni minerał wydobywany w jedynej kopalni niedaleko Izmiru nazwany został na cześć osmańskich sułtanów. Bardziej turecko już być nie może. Niestety ten piękny żółtozielony kamień jest bardzo drogi. Na pocieszenie kupiłam sobie jednak srebrne, ręcznie malowane kolczyki w kształcie balonów. Przyznajcie, że są słodkie .
Po tych wszystkich atrakcjach mamy czas dla siebie. Wałęsamy się więc po miasteczku, w którym mamy hotel w poszukiwaniu jakiejś fajnej restauracji. Ürgüp to nie Göreme, więc oferta gastronomiczna jest ograniczona. Mam jednak wrażenie, że na korzyść bardziej autentycznych propozycji kulinarnych. A może po prostu miałyśmy szczęście, bo tuż obok naszego hotelu znalazłyśmy świetną knajpkę. Ceny rozsądne i zdecydowanie niższe niż w Stambule, a smaki? Okazało się, że restaurację Logarto prowadzi naprawdę świetny kucharz, który na kuchni kapadockiej zna się jak mało kto. Wydał zresztą własną książkę, w której przeplata opowieści o regionie z jego fantastyczną lokalną kuchnią. Na koniec dostaję egzemplarz z osobistą dedykacją .
Czego koniecznie trzeba spróbować w Kapadocji? Na śniadanie (a u mnie również na kolację ) najlepiej sprawdzą się placuszki gozleme. Nadziewane serem, szpinakiem, a nawet ziemniakami przypominają trochę naleśniki, tylko, ze nie używa się do nich jajek. Manti to z kolei takie maleńkie tureckie ravioli podawane z kwaśną śmietaną, które koniecznie trzeba wybełtać z pierożkami, bo inaczej kucharz się obrazi. Dumą anatolijskiej kuchni jest znany na cały kraj Testi kebab, czyli gulasz mięsny podawany w glinianym dzbanku, który rozbija się na oczach gości, robiąc przy tym wielkie show. Na deser koniecznie spróbujcie konfitowanej dyni z pastą sezamową, a do domu zabierzcie słoik melasy z winogron.
Warto dodać, że Kapadocja ma również całkiem niezłe wina. Jedna piąta tureckich winnic zlokalizowana jest właśnie w tym regionie, a największe z nich w okolicy Ürgüp. Najbardziej znana jest winnica Turasan, która produkuje wina od 1943 roku i szczyci się tym, że jako jedyna robi wino w 100 % z endemicznego szczepu Emir. Biały wytrawny Emir “wychowany” na wulkanicznej glebie jest lekki, świeży, mineralny i idealnie sprawdzi się w ciepłe wakacyjne wieczory. Inne odmiany to Kalecik Karasi, Okuzgözü, Bogazkere i Narince, ale nie brakuje również klasyków, takich jak Chardonnay czy Malbec. Degustacja w winnicy to na pewno fajna opcja. Pamiętajcie jednak, żeby nie przesadzić, bo rano trzeba wcześnie wstać, żeby nie przegapić największej atrakcji regionu.
Lot balonem to oczywiście wisienka na kapadockim torcie bez względu na to, czy bierzecie w nim udział czy obserwujecie to niezwykłe zjawisko z tarasu swojego hotelu lub innego punktu widokowego. Ta przyjemność wymaga jednak poświęceń, bo loty startują około godziny piątej rano i lepiej nie zaspać, bo godzinę później jest już po wszystkim, a wszyscy lecą co najwyżej na zasłużone śniadanie (tak, tak wypasione śniadania z balonami w tle, to fejk).
Trzeba wiedzieć także, że lot balonem jest jak ruletka. Na szczęście turecka nie rosyjska, ale i tak jest niemiło jak się okaże, że akurat Wasz lot jest odwołany. Nad bezpieczeństwem lotów czuwa bowiem specjalna “policja balonowa” i jak ona stwierdzi, że lotu nie będzie, to nie ma uproś. “Safety first” to zasada, której naprawdę się tu trzymają. Na pocieszenie zostaje Wam tysiak w kieszeni, bo tyle mniej więcej kosztuje ta przyjemność za jedną osobę.
Tanio nie jest, ale uwierzcie, to jeden jeden z najlepszych pomysłów na rozpierdzielenie kasy, jaki znam. Godzina życia, która zostanie w Waszym sercu na zawsze i będzie co wnukom opowiadać, chyba, że akurat lecą z Wami😄. Dla tych, co mają lęk wysokości dodam, że ja też, ale między innymi zasady bezpieczeństwa jakie tu panują, przyczyniły się do tego, że nie bałam się ani trochę. Delikatne ruchy balonu, magiczna aura poranka i te cudowne krajobrazy wokół sprawiły, że, gdy oderwaliśmy się od ziemi, poczułam się jak we śnie. To oniryczne wspomnienie odżywa zresztą we mnie do dziś za każdym razem, gdy opowiadam komuś o Kapadocji, przeglądam zdjęcia, spisuję wrażenia. I tak bardzo bym chciała, żeby ten piękny sen, nigdy się nie skończył…
Ten post nie jest reklamą, a wyłącznie moją osobistą rekomendacją.
































Komentarze
Prześlij komentarz