KOPENHAGA OPERA - Niezidentyfikowany obiekt grający


Kolorowy, gwarny Nyhavn, delikatna Mała Syrenka przycupnięta przy Langeline i okazały budynek opery to obecnie trzy najważniejsze symbole Kopenhagi. O ile jednak Nowy Port to właściwie parę urokliwych kamienic na krzyż, a Syrenkę, gdyby nie tłumek turystów, można by było przegapić, o tyle opera nie da Wam tak łatwo o sobie zapomnieć. Jej sylwetka widoczna jest praktycznie z każdego miejsca centralnej części nabrzeża, a nieoczywista architektura do dziś budzi żarliwe dyskusje wśród mieszkańców i przyjezdnych. Kontrowersyjny projekt opery można polubić albo nie, ale nikt nie przechodzi obok niego obojętny.

Muszę przyznać, że u mnie nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. Choć lubię industrialne klimaty, to doki, żurawie i swego rodzaju wieczny rozgardiasz wokół budynku, nie wprawiły mnie w zachwyt. Wręcz przeciwnie miałam wrażenie, że projekt jest jakiś taki rozgrzebany i niedokończony. Dopiero gdy stanęłam z nim twarzą w twarz od strony Pałacu Amalienborg, dotarło do mnie jak karkołomne i jednocześnie niezwykle przemyślane jest całe to operowe przedsięwzięcie.

Opera stoi na wyspie Holmen wpasowana idealnie w oś najbardziej reprezentacyjnych budynków stolicy. Za tego typu rozwiązania urbanistyczne kocham właśnie to miasto. Była już królowa Małgorzata chyba też nie może narzekać, bo z okien pałacu o każdej porze dnia i nocy może przyglądać się operze, którą uwielbia i która nosi jej imię.


Najlepszy efekt podziwiać można jednak z przeszklonego operowego lobby. Jeżeli chcecie magii, polecam wejść po południu w złotą godzinę do operowej kawiarenki lub jeszcze lepiej do restauracji Almanak na czwartym piętrze. Widok kopuły Marmorkirke i kompleksu Pałacu Królewskiego ozłoconego promieniami zachodzącego słońca odbijającymi się w wodach kanału jest po prostu oszałamiający. Spójrzcie wtedy również w prawo, a z oddali zamacha do Was Mała Syrenka.

👉 Czytaj więcej o Kopenhadze w poście KOPENHAGA - Z cynamonką na rowerze.


O budowie kopenhaskiej opery krążą legendy. Najwięcej kontrowersji wzbudziły oczywiście wydane na nią pieniądze. Do dziś przeczytać można w internetach, że to jedna najdroższych oper świata. Kwota ta w zależności, od źródła waha się w granicach od 330 milionów do nawet pół miliona euro. Nie jest to jednak najbardziej kosztowny projekt budynku muzycznego jaki odwiedziłam. Na razie na szczycie mojej listy jest zjawiskowa Elbphilharmonie w Hamburgu, o której poczytać 🔍 tutaj.

Kto finansuje takie fanaberie? W przypadku Kopenhagi, duńscy podatnicy mogą spać spokojnie, bo operę dostali w prezencie od jednego ze swoich rodaków. Arnold Mærsk Mc-Kinney Møller duński armator, którego międzynarodowy koncern znany jest pod skróconą nazwą Maersk był za życia (zmarł w 2012 roku) najbogatszym Duńczykiem i jednym z najbardziej majętnych ludzi na świecie. Miłośnik sztuki, oprócz setek kontenerowców pływających po wodach całego świata, postanowił pozostawić po sobie bardziej szlachetny ślad i ufundował miastu operę. W wieku 90 lat czynnie uczestniczył w realizacji projektu.


Obecność “staruszka”, który zawsze musi wrzucić swoje trzy grosze, nie każdemu była w smak. Na własnej skórze odczuł to przede wszystkim, również nie młody, ale bardzo doświadczony, główny architekt opery i wielu innych budynków w Kopenhadze, Henning Larsen. Mimo, że projekt nie miał praktycznie żadnych ograniczeń finansowych (a może właśnie dlatego) współpraca między dwiema silnymi osobowościami, była ponoć drogą przez mękę.

Maersk jak szalony jeździł po świecie, podglądając inne tego typu realizacje, osobiście wybierał materiały do budowy, a nawet testował siedziska. Trudno było go przekonać, że mniej znaczy więcej, że szklana fasada lepiej będzie wyglądać bez stalowego użebrowania, albo że potężny dach zaburza proporcje budynku.


Patrząc na efekt końcowy, widać wyraźnie kto wygrał w tym sporze. Na wyspie Holmen w styczniu 2005 roku wylądował olbrzymi, niezidentyfikowany obiekt latający, (a raczej grający 😜) który wprawił w osłupienie zarówno znawców tematu jak i zwykłych mieszkańców miasta..

Zarzucano mu nieproporcjonalne kształty, brak nawiązania do otaczającej architektury, brzydotę i pospolitość. Sam Larsen miał powiedzieć, że budynek opery wygląda jak… toster, mimo że oficjalnie na stronie jego biura architektonicznego przeczytać można, że kopenhaska opera to serenada, wyznanie miłości do sztuki i Kopenhagi (“The Opera is a serenade – a declaration of love for art and for Copenhagen”).


Między tosterem, a serenadą jest jednak sporo przestrzeni na własne zdanie w tej sprawie. Osobiście uważam, że wiele awangardowych projektów spotyka się z surową krytyką większości odbiorców. Wieża Eiffel’a‘ również nie została okrzyknięta architektoniczną miss piękności, a jednak śmiem twierdzić, że Paryż bez niej nie istnieje. Myślę zatem, że historia będzie mniej surowa dla dzieła Larsena niż jemu współcześni i on sam.

Jeśli nawet wciąż są tacy, którym nie podoba się bryła opery, krytyka milknie po wejściu do środka. Wspominałam już o widokach roztaczających się za oknem, ale w środku też jest na co popatrzeć. Sycylijskie marmury, niemieckie piaskowce, najszlachetniejsze odmiany drewna tworzą nowoczesne i niezwykle eleganckie wnętrze.


Nie ma szanującej się opery bez żyrandola. O tym najsłynniejszym z paryskiej Opery Garnier poczytać możecie 🔍tutaj. Kopenhaska opera ma aż trzy żyrandole, które na przekór tradycji powieszono w lobby, a nie w głównym audytorium. Trzy świetliste kule zaprojektował słynny islandzko - duński artysta Olafur Eliasson, który umiejętnie łączy sztukę z efektami specjalnymi i najnowszymi odkryciami naukowymi. W żyrandolach zastosował triki optyczne, dzięki którym dichtomatyczne szkiełka udające kryształy odbijają światło i mienią się różnymi kolorami.


Główne audytorium zamknięte jest w konstrukcji obitej drewnem klonowym, które ma nawiązywać do materiału z którego robi się skrzypce. Ze względu na charakterystyczny kształt i kolor drewna nazywane jest przez bywalców dynią, Niektórzy upatrują w tej nietypowej koncepcji kształt serca, a wpuszczone weń podesty mają symbolizować aorty. Idąc dalej goście operowi są nośnikiem życia, tworząc z budynkiem muzyczny krwioobieg. Podoba mi się ta koncepcja, a Wam?

Z jasnego, rozświetlonego holu wchodzimy w przestrzeń niemal buduarową. Przyciemnione światło, miękkie tkaniny na siedziskach i na ścianach. Granat, czerwień, zieleń połączenia dosyć nieoczywiste, ale jednak skuteczne w tworzeniu niezwykle intymnej przestrzeni.


Do tego ciemne drewno żłobione tak, aby idealnie odbijać dźwięki. Jedynym jasnym punktem jest sufit pokryty 1500 arkuszami 24 karatowego złota i dyskretne ledowe oświetlenie.


Sala główna jest dosyć duża i może pomieścić do 1700 widzów. Małym minusem jest przestrzeń między rzędami, szczególnie że to jedna z niewielu znanych mi oper, gdzie można ze sobą zabrać wierzchnie ubranie. Co ciekawe na widownię można wnosić również wino. Wprawdzie tylko białe (jak się wyleje, nie będzie katastrofy), ale przyznacie, że to i tak jest rewolucja w tym temacie.


Zachęcam Was bardzo do wybrania się na koncert. Genialna akustyka sprawi, że będzie to niezapomniane przeżycie. Jeśli jednak nie lubicie opery, pamiętajcie, że budynek można również zwiedzać bez katowania się niezrozumiałymi dźwiękami. Czy warto? Tak, ale tylko wtedy jeśli interesują Was technikalia i bebechy takich obiektów. Pięć ruchomych scen, tysiąc pomieszczeń, czternaście poziomów w tym najniższe ze studiami nagrań i prób zlokalizowane są pod wodą. Jeśli nie robi to na Was wrażenia, odpuśćcie sobie, a kasę wydajcie w operowej kawiarence z najpiękniejszym widokiem na Kopenhagę. 100% hygge vibe gwarantowane 😊.


Ten post nie jest reklamą, a wyłącznie moją osobistą rekomendacją.

Komentarze

  1. Bardzo dziękuję za opisy Kopenhagi. Właśnie wybieram się z wnuczką na początku wakacji

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to się dobrze składa, bo pracuję jeszcze nad dwoma innymi. Z dzieckiem koniecznie trzeba do DAC I do Tivoli 😊. Pozdrawiam serdecznie

      Usuń

Prześlij komentarz

Obserwuj Instagram!