Wreszcie dotarłam do Bilbao. Miasta, które od dawna było na liście moich podróżniczych planów, nie marzeń. Miasta kuszącego ikoniczną bryłą muzeum Guggenheima i smakami niezwykłej baskijskiej kuchni. Bilbao dało mi jednak dużo więcej niż się spodziewałam. Mam nadzieję, że uda mi się w tym wpisie oddać choć namiastkę tego, co przeżyłam.
Opowieści o Bilbao nie zacznę jednak od Muzeum Guggenheima. Zacznę od początku. W tym celu musimy cofnąć się aż do 1300 roku, kiedy to kastylijski szlachcic Diego López V de Haro założył miasto nad brzegiem rzeki Nervión. Pierwsza osada miała jedynie siedem ulic, które do dziś stanowią serce miasta. Siete Calles, niezwykle urokliwa dzielnica miasta, to było moje pierwsze zaskoczenie, bo w głowie miałam, że Bilbao to raczej industrialne klimaty rodem z XIX wieku. A tu proszę, dookoła piękne kamienice, wąskie brukowane uliczki i zaułki, które pamiętają czasy średniowiecza.
Pośrodku dumnie pręży swoją fasadę katedra św. Jakuba. Nazwa nieprzypadkowa, bo tuż obok świątyni przebiega słynny szlak wiodący śladami apostoła aż do jego grobu w Santiago de Compostela. Charakterystyczną muszelkę znajdziecie za kościołem po prawej stronie od głównego wejścia.
Bryła najstarszego kościoła w Bilbao wzniesiona została w miejscu dawnej pustelni i w środku znajdziecie wiele oryginalnych elementów, szczególnie w krużgankach. Neogotycka fasada natomiast to efekt gruntownej renowacji budynku, która miala miejsce w XIX wieku. Efekt robi wrażenie, szczególnie, gdy podziwia się go z aperolem w łapce, odpoczywając w kawiarnianym ogródku na uroczym katedralnym placyku.
Nie ma jednak prawdziwego miasta bez porządnego targu, a mieszkańcy Bilbao od zarania dziejów wiedzieli, że handel dobrym żarciem to potęga. Dowodem tego niech będzie największy pod względem powierzchni zadaszony targ Europy Mercado de la Ribera. Położony nad brzegiem rzeki monumentalny budynek w stylu Art Deco z lat dwudziestych ubiegłego wieku to jeden z ciekawszych punktów programu podczas zwiedzania starówki. Niestety, osobiscie polecam go tylko ze względu na niewątpliwe walory architektoniczne i instagramową fotogeniczność. Kulinarnie reprezentacyjny targ Bilbao mocno mnie rozczarował. Pozornie wszystko gra: stragany pełne wspaniałych produktów, lady uginające się pod kolorowymi pinxtos, ceny przystępne, widoki ładne. Nic jednak nie zachwyciło na tyle, żebym chciała wrócić. Na szczęście w mieście jest tyle kulinarnych perełek, że żal mój był naprawdę krótki.
Kulinarnym sercem starego miasta jest za to niewątpliwie Nueva Plaza. Urokliwy plac tętni życiem i oferuje taką różnorodność smaków, że każdy powinien znaleźć tu coś dla siebie. Moje polecajki to przede wszystkim kultowe El Globo z ich charakterystycznie zapiekanymi pinxtos pod krabową pierzynką, Gure Toki uważane przez wielu za najlepszą “pinczosiarnię” w mieście, ale przede wszystkim Victor Montes. To mój faworyt i już Wam mówię dlaczego. Po pierwsze olbrzymi wybór pintxos od klasycznej Gildy (zielona oliwka, anchois i marynowana papryczka pippara) po wyszukane specjały z foie gras i jadalnym złotem. Do tego indywidualny wine pairing, czyli do każdej przystawki idealnie dobrane wino. Luksus w przystępnej cenie, czyli tak jak lubię najbardziej.
Druga lokalizacja, którą trzeba odwiedzić w kontekście jedzenia to aleja Ledesma i jej okolice. Najlepsze bary i restauracje znajdziecie właśnie tutaj. Niestety wie o tym całe miasto, więc trzeba się nastawić na spore tłumy i jedzenie na stojaka, ale w tym też jest jakiś urok. Perełka, którą koniecznie trzeba zobaczyć to słynna Cafe Iruna. To chyba najpiękniejsza kawiarnia w Bilbao. Uczta nie tylko dla podniebienia, ale i dla oczu. Na tej samej ulicy, kilka kroków dalej, w Bascake Bilbao zjecie, moim zdaniem, najlepszy sernik baskijski w mieście. Maleńki lokal serwuje tylko to cudo, ale jakie! Koniecznie musicie tego spróbować.
Całe to restauracyjne zagłębie znajduje się w tętniącej życiem dzielnicy handlowej Abando, której wizytówką jest niezwykłej urody stacja kolejowa o tej samej nazwie. Nie pierwszy raz zresztą zachwycam się dworcem. Wystarczy wspomnieć takie miasta jak Antwerpia, Porto czy Mediolan. Bilbao ze swoim imponującym witrażem i fasadą godną Belle Epoque dołącza do mojej listy kolejowych perełek. Stąd warto wybrać się podmiejską kolejką do Portugalete, chociażby po to, żeby przejechać się najstarszym mostem gondolowym na świecie i zjeść coś pysznego w mojej ulubionej knajpce Batzoki Alde Zaharra.
A jeśli macie ochotę na zakupy, to koniecznie zajrzyjcie do tutejszej Zary, która cieszy się mianem najdłuższego sklepu tej sieci na świecie. Od jednych drzwi wejściowych do drugich mierzy on aż 95 metrów długości. Ale to nie zachwyt nad rozmiarem przyciągnął mnie tutaj, ale wnętrza stuletniego pałacu, który został odrestaurowany z niezwykłą pieczołowitością, a jego hidden jam stanowi ukryta między ubraniami… kaplica. Tak, dobrze czytacie. Wejdźcie na pierwsze piętro i zapytajcie obsługę, chętnie wskażą Wam to miejsce. Do środka wejść wprawdzie nie można, ale luknąć przez weneckie lustro jak najbardziej.
Stąd już tylko parę kroków do Azkuna Zentroa-Alhóndiga. To niezwykle centrum kulturalne słynie ze znajdującej się na parterze kolekcji 43 kolorowych kolumn, wśród których fotografują się różnej maści instagramerzy. Nie ma się czemu dziwić, bo dawny magazyn wina i oliwy został zaaranżowany przez samego Philipa Starcka ikonę światowego designu. Nie znajdziecie tu dwóch takich samych kolumn, każda jest inna od prostych kształtów po fantazyjnie poskręcane formy, o kolorach nie wdpomninając. Polecam również tutejszy rooftop z pięknym widokiem na kopułę centrum i okolicę. Warto również zabrać ze sobą strój kąpielowy, bo w centrum funkcjonuje ciekawy basen z przezroczystym dnem. Możemy więc od dołu podejrzeć, jak bawią się tam u góry.
Kolejnym ciekawym miejscem jest miejski ratusz, którego majestatyczna sylwetka przegląda się w wodach rzeki Nervión. Wstęp do Ayuntamiento de Bilbao jest darmowe, ale wymaga rezerwacji na stronie internetowej najlepiej z wyprzedzeniem. Robiąc to z dnia na dzień, udało mi się dostać tylko jeden bilet, a na dodatek oprowadzanie było w euskarze, co oznacza, że nie zrozumiałam ani słowa. Baskijska euskara to język niepodobny do żadnego znanego mi języka. Co ciekawe, uchodzi on za najstarszy język Europy, którym posługiwano się na długo przed napływem ludów indoeuropejskich. Niestety w Kraju Basków język ten coraz bardziej wypierany jest przez hiszpański. Wygląda na to, że mimo wysiłków różnych organizacji, zwykli ludzie stawiają na wygodę w komunikacji. Mam też wrażenie, że euskara to jednak język prowincji. W Bilbao na powitanie częściej usłyszymy hiszpańskie “buenos dias” niż baskijskie “egun on”. Trochę to smutne, bo jeśli Baskowie sami nie będą zainteresowani utrzymaniem własnego języka, za jakiś czas zostanie on zapomniany, a wraz z nim ważny element baskijskiej tożsamości, do której tak bardzo są przywiązani.
Wróćmy jednak do ratusza. Budowla robi wrażenie z zewnątrz, ale to przede wszystkim w środku ukryte są przepiękne wnętrza. Najbardziej reprezentacyjna sala to Salon Arabski. Arcydzieło Joaquina Rucoby, który zachwycony architekturą południowej Hiszpanii postanowił stworzyć w Bilbao namiastkę Alhambry. Bogactwo neo mauretańskich zdobień mieni się tysiącem barw odbija się w lustrach i potężnych kryształowych żyrandolach. Przepych przyprawia o zawrót głowy. Nie dziwi mnie, że wielu mieszkańców Bilbao marzy, by właśnie w takim anturażu wypowiedzieć słowa małżeńskiej przysięgi.
Warto dodać, że ten sam architekt zaprojektował również przypominający operę paryską teatr Arriaga i liczne kamienice bogatych mieszczan w reprezentacyjnej dzielnicy Ensanche. Łatwo je zidentyfikować po dość bogatej eklektycznej ornamentyce charakterystycznej dla tego twórcy.
Ratusz i inne projekty Rucoby są wyjątkowe również dlatego, że stanowią niezwykły kontrast dla industrialnego klimatu miasta, z którym przede wszystkim kojarzone jest Bilbao. I słusznie, bo to przemysł, obok handlu, był główną siłą napędową miasta. Bliskość morza i żeglowna rzeka Nervión w naturalny sposób wpłynęły na rozkwit przemysłu stoczniowego, a znajdujące się w pobliskich górach wyjątkowej jakości rudy żelaza, przemysł hutniczy. Prawdziwa rewolucja przypada na połowę XIX wieku kiedy to w Wielkiej Brytanii opatentowano konwertor Bessemera, który pozwalał na masową produkcję wysokiej jakości stali, ale wymagał właśnie dobrej rudy wolnej od fosforu. Złoża wokół Bilbao okazały się do tego idealne. Anglicy wyczuli w mieście ogromny potencjał. Powstały kopalnie i huty, a hiszpańskie miasto opanowała prawdziwa “gorączka żelaza”.
Prosperity trwała około sto lat. W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku załamał się handel międzynarodowy, ale resztki złóż wykorzystywano jeszcze lokalnie. Ostatnią kopalnię zamknięto w 1993 roku, a hutę trzy lata później. Dawne kopalnie odkrywkowe, z których przez dekady pozyskiwano „czerwone złoto”, zostały zalane wodą i przekształcone w malownicze sztuczne jeziora w parku krajobrazowym La Arboleda, do którego można wybrać się na całodniową wycieczkę rowerową. W samym mieście warto zobaczyć muzeum morskie Itsamuseum w dawnej stoczni i znajdujący się obok niego, w miejscu dawnego suchego doku, pałac kongresowy Euskalduna, przypominający niedokończony statek.
Kryzys wydobywczy rozpoczął najgorszy okres w dziejach miasta, do którego przyczynił się również agresywny nacjonalizm i działalność terrorystycznej organizacji ETA, która siała postrach w całym regionie. Bieda i brak perspektyw, to była szara rzeczywistość mieszkańców miasta. Szara w dosłownym tego słowa znaczeniu. Martwa rzeka Nervión, skrajnie zanieczyszczone powietrze, rdzewiejące szkielety opuszczonych fabryk. Na domiar złego w 1983 roku miasto zalała powódź stulecia, niszcząc historyczne centrum (Casco Viejo) i powodując gigantyczne straty materialne.
Co takiego zatem się wydarzyło, że po takiej katastrofie miasto odrodziło się jak feniks z popiołów? Władze Bilbao postanowiły wdrożyć w życie absolutnie szalony plan rewitalizacji miasta, którego centralnym punktem miała być budowa spektakularnej instytucji kulturalnej. Padło na amerykańskie Muzeum Guggenheima, które w tym czasie szukało pomysłu na rozwój swojej instytucji poza Nowym Jorkiem. Projekt amerykańskiego architekta Franka Gehrego okazał się strzałem w dziesiątkę, a niebywały efekt zmian do dziś nazywany jest “efektem Bilbao”. Historia tego przedsięwzięcia jest tak ciekawa, że postanowiłam zgłębić go w osobnym wpisie, który udostępnię już niebawem.
Trzeba przyznać, że budynek do dziś robi niesamowite wrażenie, szczególnie tytanowe łuski, które mienią się złotawym blaskiem nawet kiedy pada deszcz. Przeszklone przestrzenie nadają budynkowi lekkości i pięknie współgrają z otoczeniem, w które wpleciono ikoniczne już dziś instalacje takie jak pająk “Maman” Louise Bourgeois czy usiany kwiatami piesek “Puppy“ autorstwa Jeffa Koonsa. Wchodząc zaś do środka, człowiek czuje się jak w prawdziwej świątyni sztuki. Moje pierwsze skojarzenie to barcelońska Sagrada Familia, ale każdy zapewne widzi i czuje to miejsce inaczej. Pewne jest tylko jedno. Nikt nie wychodzi obojętny.
Powiedzieć, że miasto powstało z kolan dzięki budowie muzeum to jednak duże uproszczenie. Na efekt Bilbao złożyło się szereg czynników: oczyszczenie rzeki, nowa infrastruktura drogowa, kolejowa, budowa lotniska, nowych hoteli i osiedli mieszkaniowych, rozwój usług i turystyki, który dał mieszkańcom nowe miejsca pracy. Dodatkowo w 2018 roku miasto i cały kraj odetchnął pełną piersią, kiedy ostatecznie broń złożyła ETA.
Historia w pełni wolnego i nowoczesnego Bilbao ma zatem zaledwie kilkanascie lat. Baskowie otwierają się na nowe, mocno trzymając się jednak tradycji i kulturowej tożsamości z pełnym poszanowaniem dla trudnej przeszłości miasta. Widać to na każdym kroku. W eklektycznej architekturze, sugestywnej sztuce ulicznej, ale także w odważnych realizacjach, które nie skończyły się tylko na projekcie Muzeum Guggenheima. Przykładem niech będą: most Zubizuri Santiago Calatravy czy znajdujący się tuż obok kompleks budynków Isozaki Atea przypominający nowojorskie wieże World Trade Center w miniaturze. Smaczkiem są też takie drobiazgi jak przypominające wielkie szklane dżdżownice wejścia do metra zaprojektowane przez Normana Fostera, nazywane przez mieszkańców pieszczotliwie “fosteritos”.
Dodatkowym atutem Bilbao jest jego położenie, a w szczególności otaczające go zielone wzgórza, z których podziwiać można wspaniałą panoramę miasta. Polecam wybrać się kolejką na wzgórze Artxanda a także na spacer do parku Etxebarria, który warto zacząć u stóp kościoła La Begonia, a skoczyć na kolejnej dawce pintxos w centrum Casco Viejo.
Mam nadzieję, że choć trochę zachęciłam Was do odwiedzenia Bilbao. Polecam to miasto na weekendowy city break, ale także jako bazę wypadową do zwiedzania innych atrakcji Kraju Basków. A jest w czym wybierać: od San Sebastian, kulinarnej perełki wybrzeża, przez Guernicę, Bermeo i słynny zamek na skale San Juan de Gaztelugatxe. Godzina drogi dzieli Was od słynnego regionu winiarskiego La Rioja, a kto lubi naturę odnajdzie szczęście na baskijskich szlakach. Moje szczegółowe propozycje i zachwyty znajdziecie tutaj. Życzę miłego odkrywania tej zupełnie innej, ale jakże intrygującej, twarzy Hiszpanii.
Ten post nie jest reklamą, a wyłącznie moją osobistą rekomendacją.
Więcej wpisów na temat Kraju Basków:
EUSKADI - TOP 10 zachwytów w Kraju (Bo)basków
Komentarze
Prześlij komentarz