NOWY WIŚNICZ - Kolebka staropolskiej kuchni


Ze wstydem muszę przyznać, że kolejny już raz sprawdziło się u mnie powiedzenie “pod latarnią najciemniej”. Ile to już lat przyrzekam sobie, że jak będzie chwila to wyskoczymy wreszcie do Nowego Wiśnicza? Zawsze jednak znajdowałam coś ciekawszego do zobaczenia, nie zdając sobie sprawy, jak fajne miejsce mam pod samym nosem.


Niewielkie, liczące niespełna trzy tysiące mieszkańców, miasto (tak miasto od 1616 roku z krótką przerwą po drugiej wojnie światowej) znajduje się trzy kwadranse drogi samochodem od mojego, rodzinnego Krakowa. I zapewne jestem jedną z nielicznych mieszkańców rodu Kraka, która do tej pory zwlekała z wycieczką w te strony. Spróbuję jednak nadrobić ten nietakt, opowiadając Wam kilka niezwykłych ciekawostek o tym miejscu. 




Nowy Wiśnicz kojarzony jest często ze słynnym liceum plastycznym i jeszcze słynniejszym polskim malarzem Janem Matejką, który patronuje tej szacownej instytucji. Matejki jest w Wiśniczu dużo więcej. Jego pomnik znajdziecie tuż przy ratuszu. Autorem posągu jest zresztą jeden z najbardziej znanych absolwentów wiśnickiego “plastyka” Czesław Dźwigaj. Mówi się o nim rzeźbiarz papieski, bo jakieś 50 jego pomników Jana Pawła II rozsiane jest po całym świecie. Jeden papież klęczy nawet w Fatimie.



Na budynku poczty ciekawy mural przedstawiający Wiśnicz w pełnej krasie z czasów przed niszczycielskim pożarem w lipcu 1963 roku. Uwieczniony rzecz jasna przez mistrza Jana. Ładnie wtedy było, ale dziś też nienajgorzej. Miasteczko zadbane i dobre lody mają w kawiarni pod malowidłem.


A historia oryginalnego szkicu Matejki jest naprawdę niezwykła i, jak wiele wspaniałych rzeczy na tym świecie, dziełem przypadku. Wieść niesie, że bywający często w Wiśniczu u rodziny swojej żony malarz, spóźnił się na pociąg do Krakowa i wracając piechotą do domu swego szwagra, zatrzymał się w centrum miasteczka. Mając chwilę wolnego czasu, machnął sobie odręcznie ten oto właśnie rysunek. Traf chciał, że kilka dni później tę piękną zabudowę strawił ogień. Matejko długo nie mógł pogodzić się z tą stratą. Niektórzy sądzą nawet, że podcienia remontowanych w XIX wieku krakowskich Sukiennic, to nawiązanie do wiśnickiej architektury i sugestia samego mistrza.




W “centrum” możecie jeszcze zajrzeć do kościoła Wniebowzięcia NMP i powoli w kierunku zamku się kierować. Po drodze można odpocząć w parku 400-lecia. Przyjemny, choć największą atrakcją parku miała być ścieżka edukacyjna z makietami zamków wykonanych z “materiałów odpornych na całoroczne warunki atmosferyczne”. Wśród makiet obok wiśnickiego zamku znajdują się budowle z: Nieświeży, Oleska, Podhorców, Łańcuta, Starej Lubowli, Brzeżan, Krasiczyna oraz Krzyżtopór z Ujazdu. Coś chyba jednak nie pykło, bo makiety są w nienajlepszym stanie, a cała ekspozycja wygląda wyjątkowo mizernie. Wykonawcy należą się za to chyba tylko wakacje w Klasztorze Karmelitów Bosych w pobliskiej Leksandrowej, w którym mieści się zakład karny, z wiekowymi tradycjami zresztą, bo to najstarsza działająca nieprzerwanie jednostka penitencjarna w Polsce, utworzona w 1783 roku.




Nad parkiem na rozdrożu dróg odnajdujemy kolejne dzieło Czesława Dźwigaja. Tęcza Wolności oficjalnie upamiętnia fakt wywiezienia z wiśnickiego więzienia transportu więźniów do Oświęcimia oraz akcję uwolnienia więźniów przez żołnierzy Armii Krajowej. Tęczę przebija ponad 7 m długości miecz, na głowni, którego umieszczone zostały godła Polski i herb miasta Nowy Wiśnicz. Sześć tablic za tęczą poświęconych jest m.in. uczestnikom powstań 1830 i 1863 roku, żołnierzom I wojny światowej, legionistom, ludności polskiej i żydowskiej – więźniom obozów koncentracyjnych. Jest to więc hołd dla wszystkich, którzy w tej okolicy zginęli w obronie ojczyzny bez względu na narodowość, wyznanie czy poglądy polityczne. Rzadki to widok, warto więc może zatrzymać się tu na chwilkę zadumy.



Patrząc na pomnik, wiśnicki zamek mamy po lewej stronie, ale przekornie idziemy w prawo. Mamy nadzieję zajrzeć do Koryznówki, która kryje w sobie jedną z największych kolekcji pamiątek po Janie Matejce zaraz po domu malarza w Krakowie i rodzinnych włościach w Krzesławicach. Niestety drewniany dworek przechodzi obecnie zmiany organizacyjne i jest zamknięty do odwołania. Nie zobaczyliśmy więc miejsca, w którym Matejko poczuł miętę do młodszej siostry żony właściciela dworku, Teodory.



Serafińskich, a szczególnie Leonarda, który wybudował w Wiśniczu swoją letnią rezydencję, Matejko znał od czasów młodzieńczych. Często bywał w dworku jako młody chłopak, a potem z rodziną spędzał tu letnie wakacje. Bliskie sercu artysty miejsce było inspiracją dla wielu szkiców, karykatur oraz portretów rodzinnych. Najsłynniejszy z nich to zaginiony po II wojnie światowej niezwykły portret “Kasztelanki”, do którego pozowała mu jedna z mieszkanek Koryznówki Stanisława Serafińska. Ich relacja miala zresztą dosyć intymny charakter, budzący nieskrywaną zazdrość despotycznej małżonki malarza.



Dworek ma jeszcze jednego słynnego bohatera. Jest nim rotmistrz Witold Pilecki, który po swojej brawurowej ucieczce z Auschwitz ukrywał się kilka miesięcy na Koryznówce. Droga Pileckiego do Wiśnicza biegła przez Alwernię, Tyniec, Puszczę Niepołomicką, aż do Bochni, aby zakończyć się szczęśliwie w Nowym Wiśniczu. I w tej historii mamy do czynienia z niezwykłym zbiegiem okoliczności. Planując swój pobyt w obozie Pilecki przyjął sporządzone dla niego dokumenty i tożsamość niejakiego Tomasza Serafińskiego z Bochni. Nie mógł jednak przypuszczać, że to on sam we własnej osobie przyjmie go pod swój dach po ucieczce. Historia nie do wiary, a jednak, kiedy Pilecki stanął w ogrodzie Serafińskiego, przedstawiając się jego własnym nazwiskiem, tamten zdziwiony odparł, że to on jest prawdziwym Tomaszem Serafińskim. Pilecki miał na odpowiedzieć : “Tak - to są Pana dane, lecz ja przeżyłem pod nimi więcej znacznie od Pana”. Szczegóły swojej misji spisywał potem nocą podczas swojego pobytu w dworku. Tak powstał “raport W” pierwszy z trzech raportów Pileckiego, opisujący losy zorganizowanego przez rotmistrza ruchu oporu w Auschwitz.



Jak widać, chwilę nam zeszło zanim dotarliśmy do zamku. A to przecież główna atrakcja okolicy. Wybudowana w XIV wieku przez ród Kmitów warownia do dziś jest największym tego typu obiektem w całej Małopolsce zaraz po Wawelu! Obecny kształt to zasługa szesnastowiecznej przebudowy zamku, której podjął się Stanisław Lubomirski. To głównie z tą rodziną kojarzymy zamek, bo to oni najdłużej byli jego właścicielami.




Czworoboczny, wczesnobarokowy korpus zamku, z renesansowymi fragmentami zwieńczony jest pięcioma basztami. Najbardziej okazała, ta z baniastą kopułą nazywana jest wieżą Bony. Legenda głosi, że Bona objechała jej górną krawędź osobiście na osiołku podczas jednej z uczt, a potem wypuszczała swoich adwersarzy, by spróbowali objechać ją konno. Konie jednak, przestraszone wysokością, za każdym razem zrzucały nieszczęśników w dół. Historia nie potwierdza jednak akrobatycznych predyspozycji królowej, a i daty nieszczególnie się zgadzają, bo wieża została wybudowana kilkadziesiąt lat po jej śmierci.



Dużo bardziej prawdopodobna jest legenda dotycząca synowej Bony, Barbary Radziwiłłówny, która to miała zostać otruta na wiśnickim zamku podczas jednej z biesiad trucizną o przedłużonym działaniu. Do dziś duch młodej królowej błąka się ponoć po komnatach zamku. Cóż, biała dama na zamku nikogo nie powinna dziwić, szczególnie gdy szlachetnie urodzona.




Wiśnickie legendy może nie do końca mnie przekonują, ale jedna prawdę można w nich znaleźć na pewno. Historycznie potwierdzone są tutejsze uczty i biesiady, a dowody mamy na to pisemne. To na zamku w Wiśniczu powstała bowiem w 1682 roku pierwsza polska książka kucharska Compendium ferculorum pióra Stanisława Czernieckiego.




Ubogi mieszczanin zrobił na wiśnickim dworze niewiarygodną karierę od żołnierza i sekretarza po zarządcę dóbr i kuchmistrza na dworze Aleksandra Michała i Tekli Lubomirskich. Człowiek wielu talentów udowodnił, że równie wprawnie szatkuje mieczem wrogów, co nożem kapustę. Za pierwsze otrzymał nobilitację szlachecką, za drugie nieśmiertelność. Dziś nazwalibyśmy go staropolskim Paulem Bocusem albo może raczej Gordonem Ramsayem, bo za francuską kuchnią nie przepadał.



Był za to Czerniecki niezmordowanym orędownikiem kuchni polskiej, bogatej, mocno przyprawionej, słodko-kwaśnej, pachnącej cynamonem, szafranem i pieprzem. W dziele swego życia, nasz kuchmistrz zawarł 333 przepisy na staropolskie potrawy. Księga podzielona jest na trzy części. Pierwsza opowiada o mięsach, ale ani słowa w nim nie znajdziecie o kotlecie schabowym. Taplająca się w błocie świnka nie była bowiem godna znaleźć się pańskim stole. Stadami przewija się za to różnego rodzaju dziczyzna i najszlachetniejsze z mięs, czyli to, które wznosi się w powietrze. Im wyżej, tym lepiej. Ceniono kastrowane koguty, czyli kapłony, ale to gołębie, nazywane dziś latajacymi szczurami, uważano za wyjątkowo czyste i smaczne.



Część druga Compendium Ferculorum traktuje o rybach, ale nie tylko, bo mowa w niej wszelkich stworzeniach żyjących w wodzie od ostryg i ślimaków po żółwie, a nawet bobry! Czyżby powiedzenie “Dobra, dobra zupa z bobra miała swoje korzenie w naszej pierwszej książce kucharskiej. Nie, zupy w książce nie znajdziecie, ale przepis na ogon z bobra zalecane jako danie … postne, tak.



Na koniec na stół wjeżdżają przepisy na potrawy mleczne, pasztety i desery. Przepisy to jednak zbyt dużo powiedziane. Niektóre mają zaledwie trzy linijki. Nie uświadczymy w nich ani precyzyjnych miar, ani jak długo trzymać w piecu. To raczej kulinarne inspiracje niż konkretne propozycje. Mimo to, przez ponad sto lat rzesze kucharzy wychowało się właśnie na tym zbiorze, a dziś jest to kopalnia wiedzy o naszej kulinarnej przeszłości.




Na zamku w Wiśniczu specjalna sala poświęcona jest tematyce kulinarnej. Znajdziecie tu w gablocie oryginalny egzemplarz Compendium Ferculorum, naczynia i sztućce, które długo nie były stosowane w naszym kraju za sprawą kościoła katolickiego, który szczególnie w widelcu widział narzędzie diabła. Duże wrażenie zrobił na mnie XVII wieczny termofor, czyli po prostu blacha wyprofilowana tak, aby po nagrzaniu w palenisku łagodzić dolegliwości wielkich sarmackich brzuchów. W tamtych czasach brzuch im większy, tym lepszy, a obfitość kształtów potwierdzała nie tylko stan posiadania, ale także życiowy światopogląd. Sprawa niezwykle istotna, szczególnie jeśli chodzi o kobiety. Chude, o wadze poniżej 50 kilogramów, z marszu uznawane były za czarownice. Odetchnęłam z ulgą, bo nie ma szans, zebym się załapała i puściłam oko do naszej pani przewodnik, która fantastycznie nas po zamku oprowadziła, racząc takimi właśnie “smaczkami”.



Naszą wycieczkę kończymy, jak należy, jedzeniem i to nie byle jakim, ale inspirowanym właśnie najstarszą polską książką kucharską. Tuż obok zamku w budynku zwanym “kmitówką” od kilku lat działa restauracja Figatella. Nazwa nawiązuje do staropolskiej nazwy pulpetów, o których wspomina nieraz mistrz Czerniecki. To nie pulpety są jednak wizytówką tego miejsca, a polskie winniczki, które witają nas już na zdjęciu przy wejściu. Inspiracji kuchnią i lokalną historią jest tu znacznie więcej. nie tylko na talerzu, ale także w wystroju wnętrz i narracji, z jaką wita nas, podając znaną nam już księgę, managerka restauracji. Aż ślinka mi cieknie, kiedy oglądam menu. Biorę oczywiście ślimaki, ale także zupę z rakami i kotleta schabowego, choć wiem już, że świnek tu nie jadano. 



Przymykam na to oko, bo wiadomo, że dziś polska kuchnia wieprzowiną stoi i można ją bardzo fajnie, na różne sposoby, przyrządzić. Dużo bardziej dziwią mnie hiszpańskie akcenty w menu i stekhousowe propozycje. Storytelling nieco mi się rozjeżdża, ale wciąż mam nadzieję na wspaniałą ucztę jak za czasów Lubomirskich. Tym bardziej, że nazwisko szefa kuchni nie jest mi obce. Marcin Pławecki wraz z żoną prowadzili swego czasu genialną restaurację “Gęś w dymie” w miejscowości Laskowa. Byłam tam kilka razy i pamiętam do dziś smak fantastycznych ślimaków podawanych na słodkiej, rozpływającej się w ustach, brioszce. 



Być może miałam zbyt duże oczekiwania co do konceptu i ludzi, którzy go tworzą, bo muszę przyznać, że wizyta w tym miejscu pozostawiła spory niedosyt. Dania były poprawne, ale nie tak wybitne jak kiedyś, choć widać, że użyto do nich dobrej jakości składników, co tłumaczy wysokie ceny potraw. Obsługa zaś okazała się dziwnie nierówna. Przystawki i dania główne wjechały wszystkie naraz i to zanim zdążyłam umyć ręce w toalecie. Na deser za to czekaliśmy ponad pół godziny. 



Sernik, reklamowany jako baskijski, był najsłabszym elementem tej “uczty”. I tak sobie myślę, że może lepiej by bylo, gdyby był zwykły, polski, bo tej polskości właśnie najbardziej mi tu zabrakło, i w smakach i w gościnności. Mimo to trzymam kciuki za to miejsce i zachęcam do odwiedzin. Karta zmienia się sezonowo i jest duża szansa, że traficie tu na prawdziwą kulinarną perełkę. Koncepcja jest świetna, ludzie utalentowani, trzeba tylko może trochę więcej konsekwencji w jej realizacji. 



Zamykam ten wpis i sama jestem zaskoczona, jak wiele udało mi się odkryć w niepozornym Wiśniczu. To niesamowite jak wiele wątków można odnaleźć podczas jednodniowej wycieczki za miasto. Co więcej, moja wiśnicka przygoda jeszcze się nie kończy, bo własnie zamówiłam swój osobisty egzemplarz Compendium Ferculorum. Może coś niedługo ugotuję, a Wy szukajcie wolnego terminu i zjeżdżajcie do Wiśnicza. I żeby była jasność, pobyt dwadzieścia lat temu się nie liczy 😜.


Ten post nie jest reklamą, a wyłącznie moją osobistą rekomendacją.


Komentarze

Obserwuj Instagram!